RRR Trail Event 50 miles

sobota, 7 rano. za nami krótka noc. przed nami 50 mil. przed nami pola, lasy, łąki, głównie pagórki, przed nami trawa, błoto, leśne ścieżki, zaorana gleba, ruiny średniowiecznego opactwa, urokliwe angielskie wioski. przed nami cały dzień w drodze… to, jak długi to będzie dzień, się okaże. liczymy na sprzyjającą pogodę, na – mimo wszystko – ograniczoną ilość błotnistych rzek do pokonania w górę, bądź w dół, liczymy na wsparcie naszych przyjaciół i na własną pamięć odnośnie trasy. a małe strzałki umiejscowione sporadycznie na płotach lub kamieniach mają nam w tym pomagać.

noc zamienia się w dzień, półmrok, lekka mgła i czyste niebo, zapowiadające ładny dzień. zauważalny chłód i garstka ludzi, stojąca na nieformalnej linii startu ultra maratonu dookoła miasta Rotheram w South Yorkshire, Anglia, ma takie same nadzieje jak my, że uda się pokonać trasę bez problemu, bez kontuzji, bez zwątpienia.

ruszam z Justinem i około dwusetką oszołomów i nowa przygoda się rozpoczyna. każdy krok jest drogocenny, każdy krok jest metafizyczny. karmię się pięknem stworzenia. spijam poranną rosę i wdycham niecodzienność. nie daję mojemu organizmowi szansy dopuszczenia do głosu przeziębienia, które po dwóch godzinach od startu jeszcze próbuje dać o sobie znać, ale przegrywa swoją walkę z kretesem niedługo potem.

to będzie dobry dzień. zwycięski. pełen pozytywnych doznań, taką wciąż żywię nadzieję. bo ten ultra to moje święto, to moja ucieczka do wolności. niech trwa.

dobiegamy do CP2 [check-point], gdzie oczekuje nas support team: Agunia, Ania i Richard. polska flaga powiewa 😉 jemy ciasteczko, łykamy picie, korzystamy z toalety. i dalej w trasę.

mijają kolejne kilometry. błotniste szlaki podnoszą adrenalinę i wyostrzają odczucia stóp. świetny trening na równowagę, zmiana rytmu biegu na poprzeczny: przeskakiwanie z lewej nogi na prawą omijając kałuże bądź błotną rzekę, by jednak uniknąć taplania w płynnym błocie po kostki. czasem jednak jest to nieuniknione.

rok temu, od 33 km miałam kryzys, który trwał około godziny lub nawet półtorej. z tyłu głowy noszę ten fakt, lecz tym razem przebiegam ten odcinek stopniowo przyspieszając i wpadając w swój rytm. dobry rytm. i zbiegamy do kolejnego CP.

CP4 w tle: to już 49 km, czyli teraz z górki [choć jakże często pod górkę]. spędzamy na stacjach więcej czasu niż inni, bo mamy wspaniały support team, więc traktujemy bieg towarzysko. kiedy mijamy innych uczestników na trasie, na check-pointach nas doganiają, ruszają przed nami, a my ich zaraz znów wyprzedzamy [biegiem pod górkę – jakże na przekór świętym zasadom ultra, że pod górę się idzie… ale mi się źle idzie pod górę, lepiej się biegnie, więc trzeba słuchać swojego ciała i iść za ciosem].

Wybiegamy z lasu, minęliśmy ruiny średniowieczne, zaraz wbiegniemy na cmentarz przykościelny. Flaga powiewa, jest patriotycznie. CP 6, który dzieli od mety 11,3 + 5,1, czyli 16,4 km.

Przebrnęliśmy wielkie pola, na których rok temu konkretnie pobłądziliśmy. udało się tym razem uniknąć wpadki i zbiegamy na dziko po łące na ostatni check-point. błotko na dole nas cokolwiek przyhamowuje.

Ostatni zryw przed nami, ostatnie 5 km, niedługo przygoda się skończy, przygoda, która w tym roku skurczyła się o prawie 2 h w stosunku do roku poprzedniego. Dobiegając do mety mamy wciąż dzień, bo trasa zajęła nam 9h 37 min. więc w zasadzie popołudnie i wieczór są do naszej dyspozycji. aż nie mogę uwierzyć, że tak szybko poszło. wizja błota na trasie jawiła mi się początkowo jako mocny spowalniacz, ostatecznie bardzo różnorodne podłoże sprawiło, że zmiany rytmu biegu korzystnie wpłynęły na jego przebieg, złamały monotonię jednorodnego ruchu i uczyniły go prawdziwie zróżnicowanym wysiłkiem.

Meta zdobyta. Jest radość. Rok temu biegłam tu dla pierwszego medalu ultra, dla odkrycia, czym ULTRA jest, dla sprawdzenia siebie, na ile podołam. w tym roku już wiedziałam, że medali tu nie ma, jest tylko satysfakcja i wspaniała przygoda. jest solidarność długodystansowców, którzy dystans maratoński traktują jak sprint. jest serdeczność, przychylność i współuczestniczenie. to jest to.

English faithful translation:

a second ultra race of mine, the same event, the same place: fantastic day for me and my friends, truly exceptional and to be remembered 😉 big thanks to the organisers, to all marshals and to our beloved support team!

ultra is certainly my way of living.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (2)

  1. Moniś
    Opublikowano 5 listopada 2012 at 20:50 | Permalink

    ta kobieta jest z tytanu!!! w dodatku wysadzanego diamentami. czapki z głów!

  2. Olimpia
    Opublikowano 26 października 2012 at 18:50 | Permalink

    50 mil!!!Kinga, nie oszukujmy się! Lata spędzone w lesie, w samotności, przesapane i przepocone, muszą się na psychice odbić:)

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius