1/2 Ironman, Borówno 2-09-2012

30 min. do startu, właśnie przymierzam się do zakładania pianki w naszej strefie zmian nieopodal jeziora, kiedy przejeżdża obok skuter organizatorów informując, że rower zawodnika 516 ma przebitą dętkę! Ciężko mi w to uwierzyć – ale czemu mieliby kłamać? zrywam się więc, towarzyszy mi Mariusz [dzięki!!!] i biegniemy do strefy rowerowej [300 m] rozwiązać problem. Kolega nieznany [dzięki] pomaga Mariuszowi zmienić mi dętkę, jestem osłupiała ze zdziwienia, że mnie takie rzeczy spotykają, ale nawet miałam przeczucie o podobnym  scenariuszu [nieco gorszym, trzeba przyznać – bo rower z flakiem miał na mnie czekać po wybiegnięciu z wody, dobrze, że się w czasie nie zgrały przeczucia z rzeczywistością]. po błyskawicznej interwencji wracamy biegiem nad jezioro i rozpoczynamy ceremonię. jest nawet moment na rozgrzewkę w wodzie…

Atak paniki w wodzie po pierwszych 100-200 metrach: słońce rozświetla wodę, bojki pod słońce nie widać, tłum napiera, pianka uciska ->> muszę stąd uciec!!! udało mi się cudem prawdziwym opanować atak i kontynuować, ale pływanie powolne, nieskładne, tortury na pierwszych dwóch prostych…

Wyjście z wody po pierwszym okrążeniu, kilka oddechów i drugie kółeczko – już luźniej w wodzie, już można skupić się na stylu i planować, co zrobić po wyjściu na brzeg.

Wreszcie można normalnie oddychać, radość wielka – teraz tylko słońce może popsuć szyki… uciekam od H2O i biegnę do T1, gdzie dosiądę rumaka i popędzę na 90 km:

Rower wciąż sprawny: dętki całe: ufff, wyruszam na trasę i co się okazuje? LICZNIK NIE DZIAŁA. haha, myślę sobie –  i jak tu jechać, żeby się nie zajechać i skąd wiedzieć, jakie tempo trzymać… nie wiem… mija mnie w połowie kółka Olimpia i Wojtek, gonię  ich, żeby trzymać się teamu, ale mi odjeżdżają, więc nie gonię za wszelką cenę…

Tu się okazuję szybsza niż papparazzi:

Te koszyki za siodełkiem zdecydowanie poprawiły moją kondycję na rowerze i biegu. 1 litr zimnej wody wylewany na głowę, kark i rękawki regularnie, by trzymać umiarkowane schłodzenie zrobił grę!! ten zakup się naprawdę opłacił! ponadto ciągłe picie pozwoliło utrzymać formę [oferowane izotoniki były koszmarem nie do przełknięcia, po które człowiek sięga tylko w obliczu śmierci z odwodnienia].. smak gumy Donald, jaką pamiętamy z dzieciństwa wymieszany z proszkiem do prania [nie wiem, jak smakuje proszek do prania, ale miałam wrażenie, że właśnie tak…] -> rewelacyjna antyreklama produktu. przyszło mi – w obliczu śmierci z odwodnienia – wypić 1 l tego specyfiku…

Udało mi się zbliżyć do Olimpii i trzymać za nią na bezpieczną odległość, żeby mi nie zniknęła z oczu przed kolejnymi zawodnikami na trasie, prób wyprzedzania nie podejmowałam – bez licznika obawa o prędkość… a tu jeszcze półmaraton trzeba godnie przebiec.

Po porzuceniu roweru, skąpaniu w zimnej wodzie pozostawionej w worku na bieganie, udałam się w trasę biegową. Włączam footpod’a, świeci się zielona lampka, a mój zegareczek pokazuje tempo 0:00 – lepiej być nie mogło…

Licznik na rowerze nie działa, licznik na biegu nie działa :-0 to już zakrawa na działania eliminacyjne konkurencji, że wspomnę przebitą dętkę tuż przed startem… jednak licząc na pewne doświadczenie i umiejętność wsłuchiwania się we własne ciało, nie mam nic do stracenia… tzn. w sumie mam sporo do stracenia, ale jakie to ma znaczenie w kwestii wieczności… kalkuluję w mej gorącej głowie, że skoro od beczki do beczki trasa ma 2,5 km, to w miarę łatwo obliczę tempo biegu… zaczynam się wlec na początku, wszyscy mnie mijają, myślę sobie:  „to pewnie jakieś 6:40”, spoko, trzeba zwolnić – Trener kazał – zwalniam – tak mi się wydaje… biegnę równo i liczę czas do pierwszej beczki: niecałe 15 min. zatem tempo ZA SZYBKIE… ale lecę w swoim tempie, równo, komfortowo, Olimpia mi uciekła, Wojtek mnie minął, ja trzymam swoje… zobaczymy, co będzie na drugiej beczce…. i tak mijają mi 3 okrążenia po 5 km, równo 5:41 wychodzi. dochodzę konsekwentnie Oli… ale nie robię zrywów tempa, żeby nie przesadzić. Jest gorąco, popijam mój izotonik – donalda już nie tknę, polewam się zimną wodą na punktach, a w połowie trasy kolega Maciek, supporter Kosmo, który robi Ironmana, wspomaga i mnie tą wodą, która daje mi przeżyć z przegrzaną głową w tej temperaturze. Dla mnie to zdecydowanie za gorąco, ale ta zimna woda w połowie trasy połączona w dwoma punktami odżywiania wystarcza właśnie na tyle, by równo biec w sensownym tempie.

Tu już 17, 5 km… ostatnia prosta przed nami… doganiam Olimpię, Wojtka minęłam wcześniej… Oli przyspiesza, staram się ją trzymać, wyprzedzamy na ostatnim odcinku zawodniczkę, która nas wcześniej wyprzedziła… jestem pół kroku za Oli, która ucieka… na 400 m przed metą zrównuję z nią kroku i widzę, że ma się nie najlepiej.

Szepcę do Oli to i owo: zwalniamy, by razem wbiec na metę:

Sonia rzuca się mi na szyję, bynajmniej nie w celach uściśnięcia steranej matki, a po MEDAL 🙂 który z dumą nosi całe popołudnie.

Okazało się, że klasyfikują mnie przed Olimpią i zdobywam 3 miejsce w kategorii wiekowej. w sumie powinnyśmy obie mieć to miejsce, nie wiem, dlaczego ja jestem przed Olimpią.

jestem oszołomiona wynikiem!

w Suszu zrobiłam 6:42… wczoraj w Borównie, dwa miesiące później: 5:37… nie spodziewałam się takiego wyniku. marzyłam o czasie w okolicach sześciu godzin.

pływanie 1900 m: 34:40/ rower 90 km: 2:56:14/ bieg 21km: 2:00:25.

Było to niesamowite przeżycie. Wszystko udało się osiągnąć dzięki wspaniałemu SUPPORT TEAM!! Dziękuję Wam wszystkim: mojej rodzinie najbliższej [Pio, który nabiegał się, że go dziś strasznie nogi bolą ;), Nikowi i Soni] i nieco dalszej [rodzina RAT],  Trenerowi i Kasi, wszystkim kibicom na trasie i z trasy,  no i Maćkowi z wodą!!

Bogu Najwyższemu chwała za przeżycie kolejnego dnia!!

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (4)

  1. sporciara
    Opublikowano 12 września 2012 at 14:12 | Permalink

    Razem a jednak osobno czy to możliwe? Gratuluję jesteście wielkie!

  2. Ola
    Opublikowano 12 września 2012 at 09:45 | Permalink

    Juz ci skladalam gratulacje, ilez mozna, zebys sie w PAWIA nie zmienila 🙂

    Jak czytalam teraz to przypomnialo mi sie co mi mowilas o braciach Brownlee, jak to planowali razem wbiec na mete w Londku – i mieli byc za to zdyskwalifikowani, za brak ‚sportowego ducha walki’…

    to jak to sie ma do Twojego zwolnienia zeby wbiec z Olimpia? (nie wiem jak bylo naprawde, ale z opisu brzmi to tak wlasnie… rozumiem ludzkie uczucie solidarnosci ale jednak troche niesportowo, no bo skoro moglas biec szybciej… )

    no a poza tym w ironmenie DRAFTING jest chyba zabroniony…? a co to bylo innego 😉

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 12 września 2012 at 09:55 | Permalink

      to nie OLIMPIADA była 🙂 niestety nie tym razem ;-)) hehe.

      Drafting w wodzie i na biegu jest wskazany.
      Zabroniony na rowerze.

  3. Joanna
    Opublikowano 4 września 2012 at 15:18 | Permalink

    jestem z Pani strasznie dumna !!! a mnie ręce bolą od zaciskania kciuków, zaczęłam już o 11 ! wielkie gratulacje !!! i ucałowania

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius