4:02:14/ negative split

242 minuty i 14 sekund netto spędzone na trasie maratonu Poznań.

piękna jesień. super pogoda. bardzo atrakcyjna trasa. zaplanowana taktyka sprawdziła się genialnie. start z grupą na 4:30… powolna adaptacja do wysiłku biegowego, spokojne oddychanie,  kontrola tętna poprzez kontrolę oddechu. plan na bieg był taki: wolna pierwsza połowa, a potem przyspieszenie, negative split, czyli druga połowa biegu szybsza od pierwszej, co wyszło fantastycznie w postaci 4 minut na minusie. a do tego brak sprzętu elektronicznego, pulsometru, czy innego komputera, który by pokazywał, w jakim tempie biegnę, jakie tętno aktualnie posiadam, jaki dystans za mną. postawiłam na WOLNOŚĆ, na intuicję, na znajomość własnego organizmu i reagowanie na jego sygnały. do tego zdecydowałam się na bieg z plecakiem, żeby mieć swoje niezależne źródło energii, wolne ręce, komfort w każdym momencie. to był dobry wybór, choć początkowo nie mogłam się zdecydować.

biorąc pod uwagę moje przygotowania, tempo, jakie uzyskiwałam na treningach, wysokie tętno i długą adaptację do wysiłku biegowego, ograniczenia organizmu do szybkości, liczyłam realnie na uzyskanie czasu w okolicy 4:10-4:12. byłam przekonana, że zbliżenie się do granicy 4 h jest kompletnie nierealne, kompletnie poza zasięgiem. mając dotychczasowy rekord maratonu na poziomie 4:21, poprawienie tego wyniku byłoby już sukcesem.

wybiegane treningi, podboje Kilimandżaro wpisane w plan treningowy oddały swoje podczas tego biegu. jakże cieszyłam się na widok każdego podbiegu na trasie, bo na podbiegach wszystkich wyprzedzałam, a mój towarzysz/pacemaker nie nadążał za mną. podbiegi były bezbolesne, były ciekawe i po prostu fajne.

rozpoczęcie z grupą na 4:30, po czym wyprzedzenie grupy na 4:15 i zbliżanie się do baloników na 4:00 sprawiło, że na całym dystansie wyprzedzaliśmy zawodników, co dodatkowo dało mi bardzo dużo siły. jak wiadomo, maraton biegnie się głową i czynność wyprzedzania kolejnych dziesiątek i setek zawodników na trasie sprawiała, że ciało się jeszcze bardziej mobilizowało. mijałam nieznajomych i znajomych, z którymi mogłam zamienić słówko i pognać dalej. obrane tempo i stopniowe przyspieszanie niewiarygodnie dobrze zadziałały w moim przypadku.

pierwsze 10 km – 59:14 netto

21 km – 2:03:07 netto

30 km – 2:53:34 netto

40 km – 3:49:52 netto

42,195 – 4:02:14 netto

CZWARTA dziesiątka przebiegnięta najszybciej, choć brakuje pomiaru z 20 km, żeby to z całym przekonaniem stwierdzić. pierwsza połowa 2:03:07, podczas gdy druga [ze zwolnionymi dwoma ostatnimi kilometrami] 1:59:07.

BÓL? trochę przy końcu bolały nogi, ale bardziej niż ból odczułam zamarznięte/nieruchome stawy kolanowe [może to mentalne a może realne?]: biegłam na sztywnych nogach, które ciężko się zginały. jednak uciekałam od rozmyślania nad tym stanem, mobilizowałam się i próbowałam przyspieszać.

czy mogło być lepiej? być może. następnym razem spróbuję lepiej. jednak osiągnięty wynik całkowicie mnie zaskoczył i niesamowicie ucieszył.

najlepsze było to, że mogłam spokojnie oddychać, że jak było mi za ciepło [sic!], mogłam oblać głowę zimną wodą, mogłam schłodzić nogi pod kolanami, schować na później kawałek banana porwany na punkcie odżywiania do kieszonki plecaczka. irytująca była tylko czapeczka, która ciągle się rozpinała i spadała mi z głowy – zapomniałam przybić gwoździkiem do czaszki… next time.

na pierwszych kilometrach przypomniałam sobie, że przecież KONA właśnie się kończy… no i kto wygrał??? brak odpowiedzi na to pytanie nurtował mnie całą drogę. mijany Krystian nie pamiętał, Marcina zapomniałam spytać, a po drodze nie miałam od kogo wyciągnąć tej informacji… cóż za niepokój wynikający z niedoinformowania.

odwiedziny Poznania to wizyta u przyjaciół para-/tri-, to przemiła gościna i wyprawa do tego przyjaznego miasta. rodzinna wycieczka się udała, nawet miejskie legendy zostały przyswojone.

a dziś czterogłowe ud trochę pobolewają, ale nie ma dramatu. nigdy w życiu nie przebiegłam maratonu w takim tempie, więc moje mięśnie miały nowe doznania, moja głowa również, gdyż działy się nowe rzeczy. teraz tylko przebiec maraton po 3,8 km pływania i 180 km roweru.

a verbatim translation, as always:

run. drink. eat. run. run. up-hill. and who won in Kona? down-hill. so far so good. enjoy. smile. breath deeply. speed up. and there is a finish line!!

congratulations to all the finishers, especially to first-timers.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (6)

  1. Maciej Garncarek maciej
    Opublikowano 16 października 2012 at 12:43 | Permalink

    Gratuluję dobrego biegu. Zastanawiam się czy rzeczywiście bieg z plecakiem daje uczucie wolności. Gdyby to był bieg przez pustynie to tak, ale tu punkty żywieniowe były co 5 km i nie było przy nich tłoku. Nieliczni mieli większe pasy biodrowe, a takich z plecakami prawie nie widziałem. Twój wybór, ale mnie nie przekonałaś 🙂

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 16 października 2012 at 14:08 | Permalink

      ja przecież nikogo nie przekonuję do moich rozwiązań. one są moje. unikalne. ot co.
      jeśli zapragnę łyka picia na 17,5 km, to mam swoje sprawdzone. a na punkcie odżywiania tylko oblewam się wodą – bo ja muszę obficie się schłodzić, no i chwytam czeko i banana, które lądują w kieszonce na później. łatwiej. a plecaczka o wadze 280 g nie czuje kompletnie.
      dla mnie każdy bieg jest przez pustynię :-))

    • Maciej Garncarek maciej
      Opublikowano 16 października 2012 at 15:01 | Permalink

      Kinga tylko rozmawiamy,ja tez się przegrzewam, ale trzeba przyznać, że pogoda w Poznaniu była wyśmienita do biegania. Oczywiste, że masz lekki plecak, ale już płyny na cały maraton nie mogły być lekkie 🙂 Na każdym pkt w sumie wypijałem 250 ml płynu a pkt było 8 co dałoby 2 kg wody, plus plecak i to chlupanie.
      Pierwszy raz próbowałem czekoladę, ale całkiem mnie zakitowała i kleiła się do wszystkich zębów. Żele i banany okazały się dla mnie dobrym rozwiązaniem. Kręcę sie wokół masy startowej ważnej w biegach i w lataniu i w IM 🙂
      Jak jesteś lekka to wyniki masz lepsze..

  2. Agunia
    Opublikowano 16 października 2012 at 09:09 | Permalink

    BRAWO! kolejny Maraton „zdobyty”!:)

  3. Kaska
    Opublikowano 16 października 2012 at 09:02 | Permalink

    Kolejne sukcesy! Gratuluję i pytam niezmiennie – jak udaje Ci się to łączyć.

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 16 października 2012 at 09:57 | Permalink

      udaje mi się, póki co, na 4:02 😉

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius