A może tak Karkonoszman 2014 ??

Mięśnie palą żywym ogniem. Staram się złapać oddech zwalniając tempo. Moja głowa nie przyjmuje do widomości sygnałów z nóg które tak bardzo pragną odpoczynku. Na domiar wszystkiego postanowiła tłoczyć do mięśni kolejne bodźce motywujące mnie do dalszej walki…walki z samym sobą. Bo w końcu to start zerowy. Nie będzie medalu, nie ma oficjalnego pomiaru czasu, ani mojego nazwiska na liście startowej. Więc po co to wszystko.

Nawet nie wiecie ile razy podczas ostatnich500 metrówsię nad tym zastanawiałem… A jednak idę dalej. To już nie bieg w wspinaczka bo wąskiej górskiej ścieżce.

24 godziny wcześniej

 

Sezon już za mną. Mógłbym powiedzieć że już około 2 tygodni temu rozpocząłem roztrenowanie które skutkowało znaczącym zmniejszeniem ilości treningów a te które zostały w planie były wykonywane na małej intensywności. Nareszcie jest trochę czasu na MTB, sprzątanie i prace w garaży. Może też jakoś ślub uda się zorganizować.

Jadąc na zapowiadano już dawno imprezę co chwile uświadamiałem sobie jaką „ciapą” byłem pakując się tym razem… pompka została w piwnicy , kluczy do roweru nie zabrałem , czepek … gdzieś tam sobie jest , pas na bidony tez został…jadę jak na wycieczkę a nie poważne zawody… oj to roztrenowanie potraktowałem chyba zbyt poważnie : )

 

Klimat następnych kilkunastu godzin poczułem po dotarciu pod zamek Czocha. Do godziny 18:00 dojechali wszyscy uczestnicy startu zerowego. Mimo iż nie znaliśmy się wcześniej nie brakowało wspólnych tematów. Każdy z nas był Ironman-em, każdy z nas miał ta samą pasje. A pasja nie zna granic…nie ważne ile ma się lat, jak się jest wysportowanym i jakie ma się czasy na zawodach. Wszyscy podchodzą do siebie z szacunkiem. Dodatkowo bardzo miło jest poznać innych pozytywnie zakręconych ludzi…człowiek zyskuje poczucie że nie jest sam, i bieganie w pampersie odrazy zaczyna być czymś normalnym J

 

Jak przed każdym startem, tak i tym razem miała miejsce odprawa techniczna. Kilka cennych uwag organizatora i mogliśmy spokojnie przystąpić do kolacji.

 

Idąc rano do polowej kuchni zastanawiałem się jak ja trafie do jeziora…było ciemno…ciemno nad Zamkiem Chodzą to nie to samo ciemno co we Wrocławiu. Nie było łuny znad miasta, nie było latarni. Tylko światła w oknach przyczep wskazywały nad drogę.

Na szczęście, zanim na moim ciele pojawiła się pianka pływacka, niebo powoli zaczęło się przejaśniać… świta.

Przyczepy znajdowały się w odległości około200 metrówod jeziora, jeziora które tego poranka przykryte było mglistą kołderką.

O nawigacji na oddalony Zamek czy tez zakręt można było zapomnieć. Kajak – i to nie zawsze, oraz poprzedzająca Cię osoba były jedynymi punktami nawigacyjnymi.

 

Mimo kilkudziesięciu sekundowego postoju wyrównawczego ( aby grupa płynęła blisko siebie) i tak udało mi się zrobić bardzo dobry czas – tylko o 2 min gorszy od mojego rekordu.

 

1,9 kmza nami

 

T1 to raczej spokojne przebieranie się niż strefa z zawodów którą pokonuje się ekspresowym tempie. Może nie było czas na kawę i rogalik. Ale łyk ciepłej herbaty i  toaleta były do zaakceptowania.

 

Kiedy ten zjazd.

Zaczęliśmy kręcić, i od razu na kasecie miękkie przełożenie. Na początki odważni zrywali się pod kolejne podjazdy. Tylko Ci co znali trasę wiedzieli że lepiej oszczędzać siły na ostatnie20 km. Charakterystykę trasy można porównać do streszczenia „Władcy Pierścieni” – Przez trzy części chłopaki idą, idą i idą aby na końcu zniszczyć pierścień. W naszym przypadku te90 kmmożna streścić następująco.

Wjeżdżamy, zjeżdżamy, wjeżdżamy, zjeżdżamy, wjeżdżamy, zjeżdżamy i na końcu wjeżdżamy aby zjechać do Karpacza.

Było ciężko…kilka odcinków na których mój każdy zmysł pracował na pełnych obrotach. Zakręty na których czuć było palone klocki i podjazdy gdzie brakowało przełożeń.

 

T2 – czy aby na pewno chcemy tam biec

 

Nie każdy był przekonany iż ten pomysł jest słuszny, w końcu termy w Gołębiewskim były na wyciagnięcie ręki a Śnieżka…na wyciągnięcie ręki już nie była L a wręcz przeciwnie – obserwatorium wydawało się bardzo odległym miejscem.

 

W bólach ale bardzo skoncentrowani ruszyliśmy wspólnie pod górę. Ci co byli tam chodź raz wiedzą iż zbiegów nie ma tam zbyt wiele … i może dobrze, gdyż moje kolana preferują jednak podbiegi.

Z każdym kolejnym metrem nasza grupa coraz bardziej się rozciągała. Do tego stopnia iż w pewnym momencie zgubiliśmy niektórych z oczu. W towarzystwie profesjonalnych górskich biegaczy czyłem się jak płotka wśród rekinów… o pewnie tez tak wyglądałem.

 

Po 1:15 dotarliśmy na szczety Śnieżki… niby była to tylko beczka na trasie biegowej, jednak po znalezieniu się na szczycie wszyscy poczuli radość z ukończenia zawodów J tak to już działa szczyt na zawodnika… jak wymarzona linia mety.

 

Może nie za rok … bo w głowie mam już inne cele, ale na pewno wezmę udział w tym naprawdę ekstremalnym wyzwaniu.

 

 

 

 

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Michał Wojtyło i otagowano jako , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze

  1. Eric Visentin
    Opublikowano 20 września 2013 at 09:51 | Permalink

    Witam,
    Moglibyśmy zobaczyć mapy dla trasy rowerowe i bieganie ?
    Dzięki,
    Eric

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius