Alpejskie przełęcze

Niedziela 4.03

Dziś  spinning na 9:00. Trener obiecywał ,że nas zmęczy. Więc posiłek o 7:00 , płatki górskie pół na pół mleko z wodą. Trener kazał mi się odchudzać.

Przed wyjściem oklejam sutki plastrem pomny zeszłotygodniowej lekcji kiedy nowa luźna, mokra koszulka plus spinning i bieganie na bieżni doprowadziły  mnie do krwawo bolesnych obtarć.

Na trening jadę w uczuciu spóźnienia, na szczęście miasto puste, a na miejscu jestem pierwszy. Głęboki oddech.

Po chwili zjawia się RAT-owy komplet. W pierwszych słowach słyszę od Trenera, ze mam schudnąć. Ok, myślę ma rację, ale zna mnie od miesiąca i zupełnie nie ma dla Niego znaczenia ,że odchudzam się od 3 lat i w sumie jest mnie mniej o 26 kg. Liczy się przyszłość i Iron, a jak będę ważył tyle co teraz to go nie skończę. Ja też to doskonale rozumiem.

Wskakujemy na rowerki. Już wiemy jak je ustawić. Daje siodełko niżej niż tydzień temu, poprzednio pod koniec bolało mnie pod kolanami..

Start, rozgrzewka niby bez oporu, kadencja 60-90/ min. ale tak aby się nie spocić. Trudna sprawa, w sali jest ciepło, nie ma wiatru. Pod koniec rozgrzewki czuje że skóra mi wilgotnieje.

Zwiększamy obciążenie i przykręcamy śrubę, przed nami alpejskie przełęcze z premią górską na szczycie. Robi się gorąco, co kilka minut dokręcamy śrubę od 1/8 do 1/2   obrotu i jeśli komuś idzie za lekko, gada lub jest za wesoły, dostaje dodatkowe zlecenie  na pół obrotu.

Dalej już tylko masakra, mijają długie minuty , a my staramy się utrzymać kadencję. Po chwili jest  to już dla mnie niemożliwe, stajemy na pedałach.

Pod rowerem kałuża potu. Zdaje mi się , że to mój kres wytrzymałości i …dostaje jeszcze pół obrotu śruby. Mój koniec bliski, patrzę na pozostałych. Nie wyglądają dobrze.

Kadencja spada do 45  i wtedy finisz więc mamy na stojąco „rozkręcić rower” usiąść i utrzymać obroty na 90 i wytrzymać. Sekundy dłużą się jakby były minutami…to boli.

Zbieramy „zrypki” od Trenera ,że się opierniczamy i że to jest trening sportowy, a nie relaks. Wreszcie mijamy tą cholerną premię, z bólem nóg i płuc luzuję śrubę.

Jizes, próbuję się uspokoić.. Uzupełniam wodę  małym łykami.

 

Potem był jeszcze drugi podjazd, zdawał się równie ciężki, nogi robią się jak z waty.

Po „rowerkowaniu” część z nas idzie jeszcze na siłownie. Ustawiam bieżnię na 5 km. Ciężko i jestem sam zły na siebie za ten pomysł, nie lubię bieżni i jestem wykończony ale muszę wytrwać…sam chciałeś chłopie

Dostaje dodatkowo polecenie założenia dzienniczka i zapisywania co jem bo jestem za ciężki..

Teraz czas dla rodziny i na regenerację oraz jakieś porządki w zaległościach.

W poniedziałek rano zrywka o 5:15 i basen. Wszak w tym tygodniu mamy poprawić swoje „życiówki” na 100 m i ustanowić na 200.

No i dalej się odchudzam…

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (2)

  1. Maciej Garncarek Maciej
    Opublikowano 8 marca 2012 at 09:12 | Permalink

    Wielkie dzięki, wsparcie bardzo potrzebne. Zdaje sobie sprawę ,że to tylko nieśmiałe początki i dalej będzie znacznie trudniej. Pozostaje mieć nadzieję ,że poziom wytrenowania będzie wzrastał i z nami będzie też lepiej.

  2. Tomek
    Opublikowano 7 marca 2012 at 22:28 | Permalink

    Trzymam kciuki Będzie dobrze w końcu to dopiero rozgrzewka:) coś mam przeczucie ze prawdziwe góry dopiero przed Wami

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius