Back in the Game?

Powróciłem z gorących klimatów Azji! Mimo dość słonecznego przywitania w Warszawie jesienny ziąb dość szybko dał się mi się we znaki.

Zauważyłem, że często wracając z ciepłych miejsc odporność na temperaturę trochę się zmienia. Jakoś łatwiej jest zaakceptować 4 stopnie na zewnątrz, gdy jeszcze parę godzin wcześniej normalne dla organizmu było +30. Ale kto wie… może mi się tylko wydaje 😉

Oczywiście postanowiłem nie marnować czasu i jeszcze w dniu powrotu czyli w niedzielę wyjść na standardowe długie wybieganie. 20 km popołudniu, piękny zachód słońca nad Wrocławiem. Nawet w takim ponurym okresie roku można dopatrzeć się pozytywnych askpektów. Ale to chyba wynika też z tego, że wracając z urlopu człowiek inaczej patrzy na rzeczywistość. Baterie podładowane, witaminka D uzupełniona. Uśmiech sam się pojawia na twarzy.

Długie wybiegania to jedne z moich ulubionych treningów. Także i tym razem biegło mi się całkiem fajnie i dość lekko (szczególnie biorąc pod uwagę dietę ostatnich 24 godzin 😉 ), chociaż nie odbyło się bez cięższych momentów. Ale to i tak zupełnie inna bajka niż bieganie w okolicach równika (ale o tym mam nadzieję trochę więcej następnym razem. Szczerze mówiąc do tej pory nie znalazłem chwili, żeby zgrać i obejżeć zdjęcia z wyjazdu).

O dziwo w poniedziałek czułem się bardzo dobrze mimo jet-lag’a, który powinien mnie męczyć (a jednak był łaskawy) i 20 km które przebiegłem dzień wcześniej, dlatego z pełnym entuzjazmem spoglądałem na wtorkowy trening pływacki.

Pobudka zaraz po 5 nie była żadnym problemem, gdyż na „mój czas” była już prawie 11. Ale energia to mnie nie rozpierała. Dlatego zaraz na wstępie przed wejściem do wody zapytałem Aliny czy dzisiaj będzie ciężko. Odpowiedź była negatywna. Więc pomyślałem sobie OK, damy radę, może płuc nie wypluję 😉

Pierwsze 50 metrów było wyjątkowo łatwe. Niestety po 100 już czułem, że to nie jest mój dzień. A ćwiczenie typu „piramidka” – 100, 200, 300, 400 i 200 metrów kraulem, gdzie pierwsze pół z każdego dystansu należało płynąć mocniej już zupełnie wyssało ze mnie wszelką moc. Zamiast czuć się jak ryba w wodzie miałem wrażenie, że płynę w oleju i wszystkie moje ruchy są strasznie powolne. Co oczywiście spowodowało, że technika zupełnie leżała, a ja za każdym posunięciem rękami czułem coraz większe zmęczenie. Krótkie przerwy między seriami tylko na chwilę dodawały małych cząstek energii.

Popołudniowe truchtanie ze względu na tydzień regeneracyjny przebiegło bardzo lekko i spokojnie, skupiliśmy się przede wszystkim na ćwiczeniach biegowych, a mniej na objętości tudzież tempie biegu.

Niestety wkrótce po treningu wieczorem mocno zacząłem odczuwać bóle brzucha… Nie wiem co się dokładnie stało, ale mam nadzieję, że szybko minie, tymbardziej, że dzisiejsze samopoczucie wyeliminowało mnie ze środowego kręcenia na rowerze… Jutro trening na 6, czy dam radę? Zobaczymy…

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Andrzej Nowak, Bez kategorii i otagowano jako , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius