Bicycle Race

W listopadzie 2011 zanim pojawiła się jakakolwiek myśl o przystąpieniu do eliminacji w RAT, kupiłem rower.

To był zupełny przypadek, bo opowiadając o noworocznych planach zaistnienia w TRI dowiaduje się ,ze znajomy ma do sprzedania taki rower. Dwie godziny później , był już mój. Moja pierwsza w życiu kolarka z kierownicą wyposażoną w leżak z bardzo dziwnym sterowaniem przerzutek.

Za oknem spadł śnieg, a rower stał się przyjemnym  elementem wyposażenia wnętrza, ale raczej cieszył tylko moje oczy.

Po zakwalifikowaniu się do drużyny RAT-u, jako jeden z niewielu miałem rower i pokazałem zdjęcia maszyny Trenerowi. Werdykt był natychmiastowy…musisz go przerobić; usłyszałem. Wymień kierownicę, zmień koniecznie widelec na karbonowy.

 

 

 

 

 

 

Zakupiłem klasycznego baranka i dzięki poznanemu tu  na forum Darkowi trafiłem do punktu przy ulicy Puławskiego.

Jak baranek to wymiana sterowania przerzutek na np. klamko-manetki. Mechanik Pan Bogdan obiecał że rower będzie gotów na piątek, a przecież  pierwszy trening w niedzielę. Sobotę spędzę na studiach w Krakowie, ale niedzielę odpuszczę, muszę być na treningu.

W piątek między kolejnymi pracami dotarłem do warsztatu , rower prawie gotowy, niestety nie dotarł obiecany karbonowy widelec , no cóż zmienimy go w przyszłym tygodniu. Rower z nową kierownicą prezentuje się pięknie, a stan osprzętu (Shimano  Ultegra ) nie budzi zastrzeżeń.

Warto by jeszcze zmienić sztycę podsiodłową, jest w dziwnej tulei i ma luzy.  Przydało by się wymienić opony, te są na niezwykle cienkim profilu i nadają się raczej do jazdy po równym torze. Proszę o dętkę na zapas, ale do tych opon niestety w warsztacie ich nie ma. Oby los w czasie jazdy był łaskawy.

Zakupione buty i pedały SPD dopełniają całości. Mogę ruszyć na niedzielny trening.

Lecę do popołudniowej pracy.  Miała trwać 40 min, zajęła 3 godziny.

Do Krakowa docieram o 24.

Sobota od 8 na zajęciach. Za oknem wiosna, śpiewają ptaki, a my w cieniu slajdów do 18. Chwilami tracę kontakt rzeczywistością.

Koniec zajęć i wracam do Wrocławia. Zabrakło czasu na trening. Trudno w niedziele zrobię dwie tury.

Niedziela 6:30, miejsce akcji- stacja Orlenu za mostem Swojczyckim.

Docieram spóźniony, to dla mnie drugi koniec Wrocławia.

Nauka jazdy w grupie,  „dawanie zmian”, sygnalizacja przeszkód, jeden za drugim w małych odległościach. Kadencja 90.

 

 

 

 

 

 

 

 

Przyjemny poranek, świeci Słońce i jest ciepło. Jak widać humory dopisują.

 

 

 

Po 20 km, odprawa, kontrola stanu technicznego rowerów, a potem zajęcia z techniki jazdy, a w tym nawet najeżdżanie na koło prowadzącego .

Uwagę Trenera przykuwają moje łydki….mam je ogolić…to dopiero wyzwanie dla takiego „Sierściucha” jak ja.

Nie pomaga mój błagalny wzrok

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawdziwy Kolarz a tym bardziej Triathlonista ma ogolone łydy i nie tylko, nie wspominając o Pływakach, Maratończykach; wszyscy ogoleni.

Ostatni etap to jazda 2-3 osobowych grupach na 90% możliwości z powrotem do Wrocławia. Źle ustawiony i zamknięty na starcie, a także pogrążony w „dyskusji o życiu”, ruszam zbyt późno , a czołówka z Trenerem już uciekła. Rzucam się w pogoń. Nad częścią zawodników RAT –u mam sprzętową przewagę. Rowery MTB mają znacznie większe opory toczenia, a i sylwetka kolarza jest daleka od aerodynamicznej.

Mocno naciskam i po chwili mijam pierwsze osoby. Dojeżdżam do Tomka, który także ma rower wyścigowy. Razem możemy więcej; robimy zmiany wołam i narzucam tempo. Ciągnę kilkaset metrów i zjeżdżam ku środkowi jezdni. Teraz Tomek ciągnie i mijamy Wojtka. Do prowadzących zostało około 200 m. Jak nie odpuścimy, to może damy radę.

I wtedy uderzenie o dziurę w asfalcie, strzał i syk powietrza z rozprutej opony, pozbawia mnie złudzeń. Odpadam z pościgu, a do Wrocławia 15 km.

Co się stało pyta nadjeżdżający Wojtek, objaśniam sprawę. Zabiera moje klucze od samochodu i obiecuje po mnie wrócić. Jestem mu bardzo wdzięczny.

Nie mam zapasowej dętki, nie było jej w sklepie, a myśl o prawach Murphyego  natrętnie wraca.

Jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno

Nikt też nie ma roweru na tak niskim profilu, więc szansa na pomoc kolegów żadna.

Powoli bez powietrza w tylnym kole, ruszam w kierunku Wrocławia. Na oponie mi nie zależy byle nie uszkodzić obręczy.

Poruszam się zaledwie 20 km na godzinę , ale i tak końcówka peletonu do  mnie nie dochodzi, a Wojtek dociera do mnie samochodem na 100 m przed metą.  Koniec jazdy.

Jeszcze wieczorne bieganie by odrobić zaległości, wszak za niecały tydzień biegniemy półmarton wokół Ślęży.

A w rowerze do wymiany: opony na bardziej swojsko-drogowy profil, widelec, sztyca  podsiodłowa, a dodatkowo torebka na zapasową dętkę z łyżkami, a może i oponę.

Następnym razem los się do mnie uśmiechnie.

PS.  Mam już rower i chyba już po wszystkich niezbędnych naprawach i wymianach. Pozostało tylko jeździć…jeździć , pedałując, pedałując…i jeszcze się  ogolić :))

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze

  1. Ruda
    Opublikowano 23 marca 2012 at 13:25 | Permalink

    ;)) jeśli wiesz, że coś może pójść źle i podejmiesz stosowne środki zapobiegawcze, to źle pójdzie coś innego. HI
    Jednakowoż ” za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań….. pływaj, jeździj, biegaj 🙂
    ROUVER robi wrażenie, a powtarzając za reklamą red bull, doda Ci skrzydeł. Więc LEĆ Maciej, leć, LEĆ Maciej, leć ::)))

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius