Czechman 2013

 

Czechamn to zawody, na które czekałem od Borówna. Naszym docelowym startem nadal pozostaje Klagenfurt. Jednak to w Czechamnie była możliwość poprawienia swojego czasu na „połówce”. Borówno było dla mnie pechowym startem jeśli chodzi o problemy żołądkowe, więc to Czechman miał naprawdę pokazać na co mnie stać

Taki start to nie tylko kilka godzin w dniu zawodów. To raczej cały rytuał, który rozpoczyna się już dobre kilka dni przed startem.

Kolekcjonowanie niezbędnych rzeczy, analiza tras, sprawdzanie sprzętu, ostatnie zakupu, zmiana odżywiania itp.

Są to czynności, które zajmują każdą wolną chwilę i zmuszają człowieka do myślenia tylko o jednym… , o zbliżających się zawodach.

Na dzień przed wszystko było już gotowe, pomógł w tym dzień wolny kiedy to na spokojnie można było sobie wszystko jeszcze raz sprawdzić.

 Na miejscu startu byliśmy już w piątek. Część grupy,  której udało się dojechać wcześniej , zrobiła wraz z trenerem krótki objazd trasy, a w ramach schłodzenia dodatkowo wskoczyliśmy do wody sprawdzając naszą pływalność po zimie. Pływalność – jaka pływalność,  moje ciało po kontakcie z lodowatą wodą ( aż 14 stopni C ) nie chciało ze mną współpracować.

 

Wystarczyło 10 minut aby cały wieczór czuć zmarznięte kończyny i piekącą twarz.

 

 

 

01.06.2013 – Dzień Dziecka

 

Jak większość ostatnich sobót, tak i ta przywitała nas padającym deszczem. Start o godzinie 12:00 dał nam chwile czasu aby bez pośpiechu zjeść startowe śniadanie, wypić kawę w doborowym towarzystwie  i spokojnie dojechać na miejsce.

 

Czy wykorzystaliśmy ten czas odpowiednia…

Oczywiście że nie, bo do samego końca miało miejsce majstrowanie przy rowerach, smarowanie , dokręcanie i klejenie żeli, a to wszystko w padających strugach deszczu. Trzeba było sobie jakoś radzić, dlatego prowizoryczny namiot z samochodu Maćka i folii malarskiej był jak zbawienie dla zziębniętego ciała 🙂 – doświadczenie uczy.

  Gdy wszystko było już gotowe, przyszedł czas na zameldowanie się w strefie zmian – która była wykoszoną niedawno łąką podtapianą przez ciągle padający deszcz.

Gdzie się podziały te godziny podczas których miałem spokojnie spać w samochodzie, sam nie wiem. Zdążyłem wyjść ze strefy a wokół mnie już krzątali się ludzie  w piankach…chyba czas na rozgrzewkę. Tego co działo się po chwili nie nazwałbym rozgrzewką, bo w wodzie o tak niskiej temperaturze można raczej przemarznąć a nie się rozgrzać. Jednak w takich warunkach nie ma nic ważniejszego od przyzwyczajenia ciała to szoku termicznego. Kilka szybkich sprintów na 7 min przed startem podniosło moje tętno.

 

Sam star bardzo mnie zaskoczył. Do uszu zasłoniętych czepkami ( miałem dwa aby chodź trochę było cieplej ) dobiegała muzyka, która na 10 sekund przed startem zamilkła, otoczyła nas cisza, która po chwili przerwana została świstem. I się zaczęło….

(Na filmie słyszę, że jednak w tle coś grało… ja już tego nie słyszałem)

Kilka kopniaków, kilka przygód i już pędziliśmy do przodu, aby po200 metrachmoje płuca przestały oddychać – odechciało się im współpracować z moją głową. Ratując się przed paniką przekręciłem się na plecy i nogami do kraula kontynuowałem pokonywanie dystansu 1,9km starając się nie doprowadzić aby ktoś płynący za mną mnie podtopił. Rękoma odciągałem piankę starając się powiększyć objętość płuc, co nie pomogło bo tylko zwiększyło ilość zimnej wody która dostała się do środka.

 

50 metrówna plecach – mija mnie Olimia

75 metrówna plecach – mija mnie Wojtek

100 metrówna plecach. Jest lepiej, płuca znów oddychają , panika minęła, można spróbować wrócić do normalnego kraula.

   

 

 

 

 

 

 

 

 

– 34 minuty , Michał – 34 minuty

Tylko tyle udało mi się usłyszeć z tłumu który stał na brzegu gdy wychodziłem z wody po zakończeniu pływania ( To chyba był Trener – bo kto inny : ) )

 

T1 była dla mnie jak niekończąca się opowieść. Popatrzyłem na moje ręce i stopy aby się upewnić, że nadal są na miejscu…bo o czuci w kończynach nie było mowy.  Doprowadzenie się do ładu zajęło mi ponad 4 minuty co było przynajmniej o 2 minuty za długo. 2 minuty które w normalnych warunkach na pewno był urwał .

 

Nie chcąc tracić więcej czas kurtka przeciwdeszczowa wylądowała w kieszeni koszulki, i tak samo szybko jak tam wylądowała, tak samo szybko wypadła z niej gdy wybiegałem ze strefy, nie mogłem już po nią wrócić – może mogłem ale nie chciałem. Przez pierwsze20 kmzastanawiałem się czy to była aby dobra decyzja . W końcu jeśli przemarznę nie mam przy sobie nic więcej co mógłbym  na siebie założyć.
To był ten moment kiedy nie można było się już oglądać za siebie , dolny chwyt ( aby ograniczyć ilość zimnej wody spadającej na klatkę piersiową ) i do przodu. Pierwsze km spokojnie, bez nerwowych przyspieszeń, tętno po pływaniu i strefie zmian nadal było bardzo wysokie, należało się uspokoić i wejść w swój rytm. Po 15 min mogłem rozpocząć konsumowanie żeli i picie płynów – organizm zaczął nadawać na dobrych falach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na rowerze czułem się naprawdę dobrze, nie byłem przemęczony, nie byłem wymarznięty (aż tak jak myślałem że będę) , jednak nie był to również pełen komfort. Tego dnia nie było komfortowe warunki do ścigania. Robiłem swoje i to było najważniejsze.

Średnia prędkość po pierwszym okrążeniu wynosiła 36km/h. I nie wiem jak to się stało ale mijając Trenera który krzyczał „ Tak trzymaj – dobrze” usłyszałem „Zwolnij” – a może tak bardzo chciałem to usłyszeć : ) .
– Skąd on wie że jadę o2 km/hszybciej niż zakładaliśmy przed startem, ale skoro już wie i krzyczy to może lepiej zwolnić (nie wpadłem na pomysł że tak samo jak ja ma zegarek i wykonał proste obliczenia.
Zwolniłem. Nadal mijałem tych co przeszarżowali na pierwszym kółku, tylko że tym razem trzymając średnią prędkość w okolicach 33km/h.

Kilka km przed końcem drugiej pętli  uśmiechnąłem się do siebie wiedząc że już niedługo bieganie,  i w końcu moje stopy się rozgrzeją. Chyba nie do końca wiedziałem co mnie czeka, ale wszystko było już lepsze tego wiatru i butów pełnych zimnej wody,  które towarzyszyło mi przez ponad ostatnie 3 godziny.
Ostatnia prosta była istną nerwówką, sędziowie którzy nie odstępowali mojej grupy postanowili w końcu ukarać kilku draftujących zawodników – zostałem sam : )
Trzy osoby zwolniły wdając się w dyskusje z sędziną na motorze. Nic im chyba to nie dało bo na bieganiu  już ich nie widziałem – pewnie musieli odsiedzieć swoje.

Czy to był draft.. W polskich realiach nie, w czeskich jak najbardziej. Dziesięcio metrowa odległość którą należy utrzymać między zawodnikami,  to nie 6, nie 8 i nie9 metrów , to dokładnie10 metrów,  których należało się pilnować, do tego stopnia iż kilkukrotnie rezygnowałem z wyprzedzania albo zwalniałem gdy zostałem wyprzedzony. Sędziowie byli wszędzie , na motorach, w samochodach , na przystankach autobusowych , na rozjazdach a nawet  rowach pod wojskowymi pałatkami czy w  ambonach myśliwskich – to była pełna inwigilacja. Ale dzięki temu nie dochodziło do łamania przepisów – ważna lekcja przed Klagenfurtem.

T2 poszła sprawnie. Chodź założenie butów nie należało do najłatwiejszych, zdjęcie koszulki i zmiana numeru trwały kilka sekund i odbywały się w biegu przez strefę. Na pierwszych kilometrach towarzyszył mi prawdziwym amoku, nie widziałem nikogo, wiedziałem że gdzieś są „nasi” kibice, słyszałem ich, ale nie widziałem. Postanowiłem zastosować taktykę trenera – biec do przodu i nie rozpraszać się. Na trasie biegowej były moje buty, zegarek,  ja sam i Trener który podtrzymywał na duchu i motywował do dalszej walki

Oczywiście co 2,5 km był też bufet gdzie zawsze brałem coś do jedzenia.

 

Z uwagi na temperaturę wydatek energetyczny był olbrzymi. W tym wypadku nie ma złotego środka, przejedzenie się batonami i żelami może bardzo obciążyć nasz żołądek. Nie przyjęcie odpowiedniej ilości kalorii może nas osłabić…każdy musi przyjąć swoją taktykę i modyfikować ją w zależności od zaistniałej sytuacji. W zawodach triathlonowych istnieje bardzo wiele zmiennych, i tylko zawodnicy z wieloletnim doświadczeniem są w stanie zaplanować swój start z dokładnością do każdej minuty.

 

Meta

 

Na ten moment pracowałem przez ostatnie 4h50min…. Tak – Pracowałem – ten wyścig to nie był spacer po słonecznym deptaku, to była ciężka praca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na mecie czekała na mnie Kasia i Trener. A skoro czekali tam tylko oni to znaczyło, że byłem pierwszy z grupy i, że nikt z uczestników nie przerwał rywalizacji.
Nie do końca pamiętam co się działo po przekroczeniu linii mety. Zatrzymałem zegarek i poszedłem jeść  : )
I jem do tej pory 🙂

Czy mogłem dać z siebie więcej ?
Czy chciałem dać z siebie więcej ?
Czy zrealizowałem cel ?
Czy czuje niedosyt ?

To jest tylko kilka pytań na, które trzeba sobie teraz opowiedzieć aby przygotować się do kolejnych zawodów : )

Olbrzymie podziękowania należą się trenerowi, było ciężko, były wewnętrzne bunty, zimne i mokre treningi, nieodzowne kontuzje, a mimo wszystko udało mu się mnie przygotować.
Po raz kolejny udowodniłem sobie iż nie wystarczy tylko chcieć , trzeba jeszcze ciężko pracować na to co się chce osiągnąć.

 

 

Cała fotorelacja to zasługa aoutorki zdjęć : Kasi Sidor

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Michał Wojtyło i otagowano jako , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze

  1. Maciej Garncarek Maciej
    Opublikowano 4 czerwca 2013 at 09:49 | Permalink

    Brawo Michał, Brawo Trener. Wasz start to wielki sukces.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius