DNS

DNS = DID NOT START

Mój „niestart” w Czechmanie to wypadkowa kilku czynników: świeżo przebytej ciężkiej infekcji zatok na antybiotyku, niesprzyjającej pogody, lodowatej wody w akwenie i łaskawości trenera… Już się szykowałam – ze strachem w oczach – by stawić czoła żywiołowi, kiedy trener dał mi wybór…

Zawsze to trudna decyzja, by wycofać się z zaplanowanego wcześniej startu, do którego miesiące przygotowań za nami. Jednak to nie pierwsza taka decyzja, jaką w moim sportowym życiu musiałam podjąć i właśnie mając te wcześniejsze doświadczenia, nie było to dla mnie dramatem. Wiem, że to, co przede mną ważniejsze, że Klagenfurt jest startem sezonu, o ile nie – startem życia – więc lepiej nie popaść w kolejny konflikt ze zdrowiem w tym właśnie momencie.

Prawdziwy dramat było mi przejść 3 lata temu, kiedy rozpoczęłam przygodę z bieganiem w ramach przygotowań do maratonu wrocławskiego w programie „I Ty możesz zostać maratończykiem”. Pamiętam, że wstrętna choroba ciągnęła się za mną przez większość lata, a ja na treningach wypluwałam płuca, brzmiąc jak zaawansowane stadium gruźlicy, co w obliczu startu z początkiem września nie wróżyło najlepiej – najważniejszy okres przygotowawczy minął mi pod znakiem choroby… BARDZO BOLAŁO, by nie wystartować z grupą, w programie, w biegu, dla którego poświęciłam pół roku!! to był naprawdę wielki cios, odpuścić pierwszy maraton, odpuścić w takim momencie… Nie wiedziałam przecież, jak potoczy się moja sportowa kariera [sic!], więc jak można przepuścić taką okazję! Zmobilizowałam się jednak i trzy miesiące później dane mi było ukończyć królewski dystans w Lizbonie.

Co ciekawe, rok później, kontynuując zainaugurowaną w roku poprzednim międzynarodową turystykę sportową, mając opłacony start, lot i pobyt w kolejnym sympatycznym europejskim mieście, musiałam wycofać się ze startu w maratonie we Florencji, ponieważ tuż przed wyjazdem zmogła mnie potworna infekcja wirusowa, która nie dawała mi szans na ukończenie maratonu, że nie wspomnę o nieuszkodzeniu mięśnia sercowego… znów BÓL, znów zawód…. ale już życie pokazało, że pewne kwestie lepiej odpuścić, bo – dzięki temu – można potem podnieść się i zdziałać więcej. A ja wiem, że do Florencji na maraton jeszcze powrócę, bo impreza wyjątkowa w nieprzeciętnie urokliwym mieście.

Kibicowanie przyjaciołom i znajomym pozostaje jako świetna forma spędzenia czasu, jeśli już nie można wziąć udziału w wydarzeniu samemu. Na wrocławskim maratonie oddałam się reportażowi fotograficznemu, we Florencji wspierałam przyjaciół, którzy wystartowali, w Czechach kibicowałam, ile mogłam, mimo koszmarnej ulewy, wiatru i ciągłego przeszywającego ziąbu.

zdjęcie Kasi Sidor/ fotoreporterki:

czeskie klimaty okienne, poniestartowe, w obiektywie Wojtka G.:

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius