DOGONIĆ MARZENIA

Pierwszy raz znalazłem się nad jeziorem Garda podczas powrotu z Alp. Wracaliśmy wtedy z masywu Monte Rosa i udaliśmy się do Arco (uważanego za mekkę wspinaczki), miejscowości położonej kilka kilometrów od Riva del Garda. Pokonaliśmy wtedy trasę wschodnim wybrzeżem i już w tamtym momencie wiedziałem, że będę musiał jeszcze tu wrócić.

Wróciłem z rodziną, na letni wypoczynek. A ponieważ wtedy z triathlonem nie miałem nic wspólnego, a z górami wręcz przeciwnie – zabrałem ze sobą swój rower MTB. A to dlatego, że Riva del Garda z kolei uznawana jest za mekkę kolarstwa górskiego. Objeżdżając górskie szlaki już wtedy zakiełkował w mojej głowie pomysł, aby objechać rowerem jezioro dookoła.

Trasa liczy niespełna 150km i nie jest trudna, ale sporym zagrożeniem jest ogromny ruch panujący na drogach wokół jeziora oraz w licznych miejscowościach turystycznych zlokalizowanych u jego brzegów. Spora niewiadomą i swoistym wyzwaniem są również tunele wykute w skale wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, a których łączna długość wynosi około 10km.

W tym roku ponownie z rodziną znalazłem się „nad Gardą”, ale tym razem wyposażony w rower triathlonowy i mając za sobą jednosezonowe doświadczenie w jeździe „szosą”. Oczywiście postanowiłem spełnić swoje marzenie. Już następnego dnia wybrałem się na rekonesans na zachodnią stronę jeziora, którą znałem najmniej. Nie zrealizowałem wszystkiego, co zamierzałem, ale niespełna 70-kilometrowy rozjazd, w tym podjazd górską serpentyną, po 13 godzinach drogi samochodem poprzedniego dnia uznałem i tak za sukces.

Kolejnego dnia postanowiłem odjechać trochę od zatłoczonych dróg wybrzeża i udałem się w kierunku południowym w rejon Mantovy. Zrobiłem tam kiedyś 100-kilometrowy rozjazd rowerem MTB i trasę zapamiętałem jako płaską. Tym razem pojechałem nieco inaczej i wpakowałem się w pagórkowaty teren. Okazało się, że to nie mój dzień. Wróciłem po 50 km „z leksza ujechany”. Kolejnego dnia było już lepiej więc zrobiłem 100-kilometrowy rozjazd wzdłuż wschodniego wybrzeża.

W ciągu kolejnych dwóch dni przyszedł czas na kolejne dyscypliny Triathlonowe czyli pływanie na wodach otwartych oraz bieganie. Te drugie wykonuję pierwszy raz po prawie dwutygodniowej przerwie spowodowanej bólami kręgosłupa i pokonany spokojnym tempem dystans 15km przyjmuję z dużą satysfakcją.

Nazajutrz planuję pokonać w końcu trasę wokół jeziora. Założenia są proste: wstać o 5:00 i pokonać znaczną część trasy, w tym budzące we mnie niepokój tunele, jak najwcześniej przy mniejszym ruchu samochodowym. Ale jak to zwykle bywa plan planem, a życie życiem. W tym dniu poznajemy naszych rodaków z Tczewa. Wieczorek zapoznawczy okraszony degustacją produktów lokalnych winnic przedłuża się do późnych godzin nocnych. Spać kładę się o pierwszej w nocy i postanawiam wstać o 6:00.

Okazuje się, że postanowienie mam mocne. Wstaję rano przygotowuję się do wyjazdu i 7:10 wyruszam w trasę. Trochę późno, ale chcę to mieć już za sobą. Szybko dojeżdżam do miejscowości Salo, gdzie trochę się gubię i wyjeżdżam za bardzo w góry. Odnalezienie właściwej drogi zajmuje mi trochę czasu, ale w końcu jestem na właściwej szosie w kierunki Riva del Garda. Teraz już nie powinienem mieć kłopotów z nawigacją. Czuję za to, że nogi mam trochę nieświeże – czyżby wczorajsze bieganie, a może to spożyty poprzedniego wieczora nektar bogów?

Przede mną także tunele, czyli wjazd w nieznane. Okazuję się jednak, że nie taki diabeł straszny… Kierowcy mijają mnie w bezpiecznej odległości, a dodatkowo sam tunel chroni od mocnych bocznych podmuchów wiatru, który notabene miał  być w tym dniu nieznaczny. Dokucza jedynie hałas w tunelu, jaki generują przejeżdżające auta, choć akurat w tym względzie najgorsze są motocykle. Im bliżej Rivy tym wiatr mocniejszy i wiejący prosto w twarz. Pocieszam się jednak, że za chwilę będę jechał w przeciwnym kierunku i powinienem mieć wiatr w plecy. W miasteczku wypijam szybką kawę, na którą nie miałem czasu rano i wyruszam w dalszą drogę.

Okazuję się, że nie tylko ja zmieniam kierunek, bo wiatr też i znów wieje mi w twarz. Trudno, najważniejsze, że z każdym metrem coraz bliżej domu. Na mniej więcej 90km łapię się z jakimś włoskim kolarzem i przez 20km współpracujemy razem, na zmianę stawiając opór silnemu wiatrowi. Mój towarzysz ma moc w nogach, a ja nakręcone sporo kilometrów, więc tracę mnóstwo sił próbując utrzymać mu tempo. Po przejechaniu około 20km mój towarzysz odbija, a ja dalszą część drogi pokonuję samotnie. Jestem już nieźle ujechany, upał daje mi się mocno we znaki, ale na szczęście im bliżej południa tym wiatr słabszy.

Jeszcze tylko kilka podjazdów i melduję się w mojej miejscowości. W miasteczku spotykam żonę i córkę. Przynoszą mi zimną wodę. W międzyczasie spłukuję sól z twarzy wodą z jeziora. Biorę klucze od domku i pokonuję ostatnie dwa kilometry. Jestem z powrotem w miejscu startu – ujechany, ale szczęśliwy. Mam nadzieję, że w październiku w Barcelonie również spełnię swoje marzenie.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Paweł Kiełbasa. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius