ekwipunek triathlonisty

każdy ma jakieś hobby. jeden jest numizmatykiem i zbiera monety, ale ma też piękne klasery. inny lata na paralotni i ma gadżety gadżeciarskie [e.g. gps, radio, spot, że nie wspomnę o niezbędnym sprzęcie, który wymaga dedykowanego pokoju, by się pomieścić], jednakże obsługa wspomnianego sprzętu wymaga – wg mnie – dodatkowego fakultetu, który to czynnik całkowicie eliminuje mnie z zajęcia się tymże hobby. jeszcze inny lubi czytać książki [takie w realu, na papierze] i gromadzi opasłe tomiska oryginalnych kopii, buduje nowe regały, a nawet upgrejduje fotel, by przyjemność czytania był absolutnie pełna. a taki triathlonista? ten to naprawdę dobrze wybrał swoje hobby, bo życia mu nie starczy na zgromadzenie niezbędnego ekwipunku. ten to ma całą masę towaru wśród swojego ekwipunku i cieszy się jak dziecko z wszelakich nowinek. oczywiście są towary wysokich lotów i konkretnie grube pod kątem niezbędności i ważności, np. profesjonalny, szybki jak strzała i jeszcze do tego piękny ROWER. ale to takie banalne: rower. wiadomo, rower musi być, bo inaczej triathlonista zostałby zdegradowany do roli aquathlonisty, a to już kompletnie inne hobby. kompletnie. choć dla triathlonisty rower to nie tylko pojazd [jak mi się do tej pory wydawało]. rower okazuje się być magiczną konfiguracją części i podzespołów, wśród których znajdują się, m.in: rama, kosmiczne koła, opony o zróżnicowanych właściwościach gumy, przerzutki, manetki, kierownica [oooo, kierownica dla triathlonisty to osobny rozdział], tylko nóżki do roweru brakuje!

ten bogaty, różnorodny i estetyczny ponad miarę ekwipunek triathlonisty składa się – jak dobrze wiecie – również z gadżecików zaawansowanych technologicznie, jak choćby skomplikowany komputer na rękę, zwany przez laików ZEGARKIEM, który oprócz banalnego podawania CZASU, potrafi wyczytać tempo, tętno, elewację, a nawet poziom adrenaliny [na pewno takie też są]. ale świat triathlonisty byłby niezmiernie ubogi, gdyby owa wspomniana technologia kończyła się na nadgarstku. bo przecież na kierownicy zamontowany jest turbo komputer, podający takie niezbędne informacje jak kadencja, spalone kalorie, widok trasy, przekroje, a również zapewne poziom poczucia humoru i decybele bijącego serca podczas manewru wymijania dokonującego się przez tira z naczepą.

no, ale co tam efekciarskie gadżeciki. kolekcja NIEZBĘDNEGO ekwipunku jest potężna, w zasadzie nieskończona. lista produktów, bez których NIE można się obyć jest bardzo długa, co najmniej tak długa jak pełny dystans IM! i dlatego każdy szanujący się triathlonista skrupulatnie i rzetelnie zdobywa wszystkie produkty, by przecież jakoś ukończyć ten triathlon. nowe buty – lepsze niż stare. i do tego osobno na rower a osobno na bieg. jak super. nowe okularki – żeby nie parowały [inne do pływania, inne – oczywiste – na rower]. nowa czapka – żeby się nie odpinała i nie spadała, powodując frustracje. nowy miernik sprężystości podeszwy [na pewno jest coś takiego]. nowy napój, który diametralnie lepiej uzupełni braki elektrolitowe podczas treningu i sprawi, że moc objawi się co najmniej ze zdwojoną siłą. i właśnie niedawno nabyłam nową – CAŁKIEM NOWĄ – koszulkę owczą, która sprawia mi TYLE radości. nie śmierdzi baranem [uffff], nie śmierdzi nawet mną! [a to dopiero… nie wierzyłam w te marketingowe hasła, a jednak! uznałam ich prawdziwość, zresztą całkiem entuzjastycznie mi to przyszło]. koszulka nawet nie jest kłębiasta jak baran. a do tego wszystkiego, jest RÓŻOWA. nie może być! różowe merynosy!

bielizna termoaktywna z wełny merynosów… nowozelandzkie owce dotarły nawet do Polski. miały daleko, ale też trochę im to zajęło. i dzięki ich cudownej wełnie, ja mam ciepłą różową koszulkę na zimowe treningi, która daje dużo ciepła, nie śmierdzi i jest naturalna. poliester dobra rzecz – ale co za dużo, to nie zdrowo.

do listy ciekawych i unikatowych elementów wyposażenia triathlonisty, a bardziej może triathlonistki, należy dodać RĘCZNY MIOTACZ GAZU PIEPRZOWEGO, który to gadżecik stał się moją własnością całkiem niedawno, jako urodzinowy dar od troszczącego się o moje bezpieczeństwo przyjaciela. nie uwierzycie: after spraying the attacker, escape immediately and call police. do not try to capture attacher. sabre red contains an invisible ultraviolet dye which aids police in suspect identification! jeszcze nie używałam tego sprzętu, jeszcze muszę pokonać milowy krok, by moje nawyki zmienić i postarać się zadbać o swoje bezpieczeństwo. może w tym tygodniu?

 

a teraz w mej głowie tlą się marzenia o takim ciekawym sprzęcie, który wie się TRENAŻER, o którym to do niedawna nie miałam pojęcia. są bowiem elementy wyposażenia zastąpialne i takie nie do zastąpienia. zamiast komputera na nadgarstek, można używać stary zdezelowany zegarek i w głowie przeliczać minuty na kilometry – da się. ale trenażera chyba nie można zastąpić? bo ja mam taki śmiały pomysł, żeby zamontować mój rower na tarasie i kręcić w zimie na trenażerze właśnie na dworze. przynajmniej zimno jest! wiatru za bardzo nie ma, bo taras osłonięty, ale zawsze temperatury świeższe niż w pomieszczeniu. co o tym myślicie? ma to sens, czy też jest jakimś ryzykiem dla roweru?

bo zanim mi święty mikołaj z aniołkiem przytargają mi ten trenażer, to muszę przemyśleć jego kompletne zastosowanie.

non-Polish version:

never-ending list of necessary gear to be gathered before you die is truly long and boring [for whom?]… my recent a bit delayed birthday present contained an interesting Pepper Spray with a UV Marking Dye: how clever and practical! still, a long list of welcomed un-birthday presents to be distributed soon. 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (6)

  1. Michał
    Opublikowano 28 listopada 2012 at 07:59 | Permalink

    Kinia brakuje Ci jeszcze koszyka na zakupy :))))

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 28 listopada 2012 at 12:40 | Permalink

      fakt, brak koszyka odczuwam boleśnie 😉

  2. Ania
    Opublikowano 27 listopada 2012 at 22:28 | Permalink

    więc tak… jako że zawsze biegam za tobą potwierdzam, że w nowej koszulce z różowych merynosów nie śmierdzisz…[w innych tez nie ale w tej szczególnie] !!! jeżeli chodzi o gaz pieprzowy to jest to chyba najlepszy gadżet jaki posiadasz ponieważ z czystym sumieniem (i bez lęków) mogę udać się w pogoń za tobą do tzw. dzików:)

  3. Ola
    Opublikowano 27 listopada 2012 at 20:30 | Permalink

    właśnie, te koszulki z wełny widziałam w Malmo, mega drogie… szukałam przez net i ciagle wyskakiwała ta sama firma i ta sama cena… :-/
    a „gaz do biegania” piękna sprawa, też poproszę!!!

  4. wichura
    Opublikowano 27 listopada 2012 at 19:17 | Permalink

    Gaz pieprzowy, ależ to brzmi znajomo….

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 28 listopada 2012 at 12:41 | Permalink

      wiadomo!

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius