half-IM, Susz 7 lipca 2012

pierwszy triathlon za mną!

brak doświadczenia na tego typu zawodach boli zdecydowanie bardziej niż na biegu czy maratonie rowerowym. logistyka tego przedsięwzięcia sprawia, że wiele szczegółów jest bardzo istotnych, że pozornie małe przeoczenie może wiele kosztować podczas całego startu. udało mi się dopracować logistykę do perfekcji, przemyśleć każdy element, dzięki czemu ten stresujący dziewiczy wyczyn stał się poniekąd zwykłym treningiem. tak właśnie pomyślałam sobie w sobotę o świcie, kiedy jadłam przedstartowe śniadanie i rozmyślałam o tym, co mnie czeka. czekał mnie gorący dzień, pełen miłych zaskoczeń, ale też frustracji… nowe i nieznane w końcu nadeszło…

Start triathlonowy to prawdziwa rzeźnia. Na linii startu z wody wydawało mi się, że mam dobrą pozycję i że tylko dwie osoby przede mną… po starcie okazało się, że mnóstwo ludzi blokuje mi drogę do płynięcia, kolejne mnóstwo wpływa na mnie i próbuje mnie utopić i co ja biedniutka mam zrobić? 300-400 m to był koszmar, w którym jakoś udało mi się zachować zimną krew i nie utonąć. potem jednak jeden pan, z uporem maniaka ciągle na mnie wpływał – chciałam go strzelić, ale się powstrzymałam 🙂 puściłam go przodem, żeby sobie poszedł, ale zaraz go dogoniłam… potem mu uciekłam płynąc jakimś slalomem, co pozwoliło mi w spokoju i w wygodzie kontynuować. w spokojnym rytmie pokonałam resztę dystansu, choć końcówka też była swego rodzaju walką o życie: zwężenie, do którego spływają pływacy, żeby już za moment wyjść na brzeg… upragniony brzeg! rzuciłam okiem na zegarek i doznałam szoku: 9:34… czyli płynęłam trochę ponad 34 minuty, a jak się okazało po analizie wyników, byłam siódmą kobieta, która wyszła z wody…. I co z tego, skoro wszystko to potem zaprzepaściłam…

Strefa zmian poszła sprawnie – nie spieszyłam się, żeby niczego nie przeoczyć. Napiłam napoju przeciw odwodnieniu, założyłam białe chłodzące rękawki, założyłam rękawiczki rowerowe i pobiegłam z rowerem na trasę… za kreską rower mi się wywrócił i dwa żelki odpadły z roweru, musiałam się ogarnąć i wyruszyć już poprawnie. Trasy rowerowej nie znałam, ale trzy pętle dały mi szansę zapoznać się z nią doskonale pokonując kolejne kilometry. Od początku roweru bolała mnie głowa i wiedziałam, że jest już  przegrzana, więc jeden bidon z wodą zrobi grę przy schładzaniu rozgrzanego mózgu. Popijałam izotonik, przegryzałam żele energetyczne  i sobie spokojnie jechałam. W końcu długa droga przede mną…

Po pierwszym kółku wyrzuciłam moje bidony, pobrałam bidony od organizatorów, jeden pełny z izo a drugi DO POŁOWY tylko wypełniony wodą – wiedziałam, że źle to wróży dla mojej głowy… dlaczego tylko pół bidonu wody? Po drugim kółku okazało się, że organizatorom zabrakło już izotonika i wody w bidonach – rozdawali wodę w wąskich butelkach, które wypadały z uchwytów rowerowych, więc od razu zgubiłam butelkę w strefie odświeżania… całe szczęście parę metrów dalej stał Pio z moim bidonem z izotonikiem, ale drugiego bidonu z wodą do polewania głowy już nie było… trzeba przyznać, że taki stan rzeczy mnie nie uradował… ostatnie 30 km na rowerze, ale już w największym przegrzaniu…. To kółko było słabe, moje zniechęcenie przeplatało się z zadziwieniem, że nie boli mnie kark, nie bolą mnie nadgarstki, czasem czułam kręgosłup w odcinku lędźwiowym, więc musiałam robić małe sztuczki na rowerze w celu rozciągnięcia pleców. Na trasie miałam rozrywkę w postaci wspierających autochtonów pokrzykujących „DAWAJ DZIOŁCHA!!!” albo „Dawaj Paulinka, dawaj!” [wspomniana Paulinka to jedna z ambasadorek suskiej imprezy, gwiazda telewizji], które to wsparcie budziło moje rozbawienie, uzupełnione wzruszeniem wspierających mnie własnych dzieci, które pokrzykiwały „Szybciej mama!”, a Sonia wręcz nie kryła oburzenia dogorywającą matką, która szła zamiast sprawnie gnać niczym łania…

Koniec drugiego etapu budził strach przed trzecim, gdzie w koszmarnym upale miał się dokonać półmaraton. W zasadzie chciałam już skończyć, ale wiedziałam, że muszę jeszcze trochę wycierpieć. Próbowałam biec, ale nie mogłam się dotlenić. Męczarnia na ścieżce przy jeziorze trwała strasznie długo, bo musiałam dbać o to, by nie osunąć się na ziemię z tego upału i nie skończyć jak niektórzy rywale odwiezieni przez ambulans. Byłam mocno poirytowana faktem, że nie mogę nawet dać z siebie zbyt wiele pod względem wysiłku, bo muszę zatroszczyć się o przegrzaną głowę, by spuchnięty mózg nie wyciekł… na trzecim kółku – ostatnim – dołączył do mnie Wojtek, który niezmiernie mnie wsparł tym aktem, bo gadał do mnie,dzięki czemu mogłam oderwać się od koszmaru pogody, ale też wspólnie byliśmy świadkami zasłabnięcia i zdjęcia z trasy Piotra Adamczyka, którego kolega Karolak pobudzał do życia. Nie chciałam skończyć jak Adamczyk, skąd inąd doświadczony w boju zawodnik. Doczłapałam do mety… i tyle było mojej zabawy w triathlon na ten dzień. Byłam zmęczona gorącem, ale nie wysiłkiem, bo wiele z siebie nie dałam. I to było frustrujące. Bo przecież mięśnie mnie powinny boleć, skurcze powinnam mieć, a mnie boli szczęka [sic!]… i trochę plecy w odcinku lędźwiowym, o które to bóle zadbała pani masażystka, gdyż postanowiłam skorzystać z dostępnych usług i oddać się w ręce profesjonalistów… było miło.

wnioski postartowe:

  • poprawić odżywianie, co by pożelowy ból brzucha nie dokuczał [marzyłam o bułce… wizja pochłonięcia kolejnego żelu budziła wstręt]
  • usprawnić termoregulację = wyleczyć się z przegrzewania [JAK??? może wymiana kodu DNA?]
  • poprawnie i skutecznie przymocować numer startowy do paska [co by nie musieć trzymać go na rowerze w dłoni chroniąc przed zgubieniem, jak już wypiął się niesfornym agrafkom]
  • trenować, trenować trenować 🙂

Niedzielę po starcie spędziliśmy z rodziną zwiedzając zamek w Malborku. Czułam lekkie zmęczenie, ale w zasadzie stwierdziłam, że na drugi dzień mogłabym powtórzyć start. Mimo wysiłku trwającego 6 godzin i 42 minuty nie osiągnęłam stanu totalnego wyczerpania, całkowitego sterania czy kompletnego wycieńczenia. Czuję się niespełniona.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali – tych z bliska [Wojtek, Marta – dziękuję ogromnie!! no i moja rodzina spisała się na medal] i tych z daleka. Muszę dodać, że moje wyposażenie, strój, rękawki, buty, rower, nawet pianka, która wcześniej usłyszała ode mnie tyle gorzkich słów, sprawdziły się pierwszorzędnie!!

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (6)

  1. Agunia
    Opublikowano 11 lipca 2012 at 12:41 | Permalink

    BRAWO Kinguś:) GRATULUJE!!! dałaś rady, cudnie!

  2. Wojtek
    Opublikowano 11 lipca 2012 at 11:15 | Permalink

    Kinia, tak jak Ci mówiłem, właśnie zrobiłaś życiówkę, a może być tylko lepiej. Gratuluję!!!

  3. Michał
    Opublikowano 10 lipca 2012 at 23:10 | Permalink

    Gratulacje 🙂 i teraz masz już to czego nie mamy my – doświadczenie 😀

    • Mariusz Mario
      Opublikowano 11 lipca 2012 at 04:41 | Permalink

      Zazdrośnik 🙂 Nauka przez przykłady jest znacznie skuteczniejsza niż przez wskazówki:)

      Kinga gratulacje!

  4. Ania
    Opublikowano 10 lipca 2012 at 22:14 | Permalink

    JESTEŚ WIELKA!!!!

  5. Artur
    Opublikowano 10 lipca 2012 at 21:30 | Permalink

    Gratuluję! Walczyłaś wspaniale!:))))

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius