I po zawodach…

I po zawodach…

Kilkanaście (złośliwi mówią, że kilka) miesięcy pracy nad własnymi słabościami, rozwijania nowych umiejętności, przyswajania nieznanych obszarów wiedzy oraz walki z harmonogramem dnia zaowocowało.

Jestem IRONMAN


(he he wczoraj oglądałem po raz kolejny „Poszukiwana, poszukiwany” z Wojciechem Pokorą i przypomina mi się scena: Mój mąż jest z zawodu DYREKTOREM)

Radiowa Akademia Triathlonu… Gdy tylko usłyszałem w samochodowym radio stojąc w korku, że jest takie przedsięwzięcie, poczułem że zostanę przyjęty. „Bebech” mi to mówił. Oczekiwania na wynik kolejnych „selekcji” nie były straszne. Przyjmowałem je ze spokojem. No może za wyjątkiem wyboru na „sprawdzian” basenowy. Ten mail wiele mnie kosztował „zdrowia” 😀

Potem z górki. Pierwsze treningi ogólne, bez konkretnych planów. Oczywiście jako całkowity laik lubiłem sobie zawsze na końcu treningu biegowego czy rowerowego dać w tzw. palnik. Lubiłem takie mocne akcenty, po to żeby poczuć treningowe zmęczenie. Dziś wiem, że to niepotrzebne…

Kolejne miesiące, sztywne plany treningowe, który trzeba było wpleść w codzienne zobowiązania: Wstajesz o 4:00, rower 3h żeby zdążyć na 8:00 do pracy, potem np. zajęcia dodatkowe z dzieckiem, aż docierasz do kończącej dzień jednostki biegowej. Dobrze powiedziane kończącej dzień, ponieważ nierzadko była to godzina 24:00 (choć i zdarzały się dni gdy kończyłem o godzinie 25:00 ).

Czasem w weekendy luźniej, ponieważ poranny trening kończyło się o 9:00 i np. „cała” niedziela wolna 😉

A to wszystko po to by usłyszeć: …you are an ironman.

 

Na miejsce zakwaterowania dotarłem w piątek popołudniem. Przywitały mnie drzwi oblepione grafiką wykonaną przez Wojtkową Martę, rzekono oddającą stan mojej duszy 😀

Na objazd trasy z grupą już nie zdążyłem…

Sobota, 7:00 wypływamy z grupą napić się kawy ze słynnej łodzi z kawą (CoffeeBoat). Ciekawa inicjatywa, w której organizatorzy zawodów IM oferują każdemu, kto dopłynie do rzeczonej łodzi, kubek gorącej kawy pity przy burcie.
Powracamy na śniadanie, by po chwili ruszyć na zawody IRONGIRL, w których startuje nasza największa faworytka: Kasia trenerowa.
Porwany ferworem kibicowania oświadczam, że nie startuję jutro, kibicowanie też jest super, łzy mi pociekły z euforii, gdy nasza zawodniczka wbiegała na kończący trasę „wybieg” dla kibiców.


Przez cały dzień zajęty zwiedzaniem Expo, oglądaniem wyścigów IRONGIRL oraz IRONKIDS (gdzie syn Kingi Nikodem zajął ulubione przeze mnie 13 miejsce w swojej kategorii wiekowej) starałem się nie myśleć o nadchodzącym w następnym dniu sprawdzanie. Sprawdzianie przygotowania, charakteru i odporności na zmęczenie…

Przed snem nie mogąc zasnąć trafiłem do pokoju obok, gdzie ekipa Radia Wrocław poczęstowała mnie szklaneczką szlachetnego trunku, który natychmiast położył mnie do łóżka i pozwolił nie myśleć o nadchodzącym świcie.

Budzik ustawiony na 3:50, budzę się kilka minut przed. Schodzę na śniadanie, RATowcy kręcą się w skupieniu. To nasz wielki dzień.
Kiedy widzę Wojtka, pełniącego funkcję kierowcy „naszego wesołego autobusu”, ubranego w super „rasta” czapkę czuję, że to dobra wróżba nadchodzących wydarzeń…

Chwila w strefie zmian, montaż torebki na jedzenie, umiejscowienie bidonów, pompowanie kół, sprawdzenie worków z akcesoriami do każdej konkurencji – to mam wytrenowane na poprzednich startach – siła spokoju 😀 😀 😀
„Jedzenie” to mocne słowa na kilka żeli i batonów energetycznych. Widziałem rower z przyklejonymi do ramy kanapkami z salami 😉

„Gubimy się” trochę z Krystianem, Maćkiem i Marcinem zmieniając co chwilę koncepcję, w którym miejscu ubierać pianki. W końcu lądujemy w namiocie z białymi workami „depozytowymi” ubieramy pianki do połowy i pędzimy nad brzeg akwenu zrobić krótką rozgrzewkę w wodzie. Krótką, gdyż ze względu na wcześniejszy start „PRO’sów”, z wody musimy wyjść max. 6:30.

Atmosfera jest niezapomniana. Dyskotekowe (przepraszam nie znam się) utwory o mocnej rytmice, rzesza „pierwszaków” wyciągających ręce, klaskający, skandujący, trąbiący, wrzeszczący, gwizdający, „szurający” kibice wprawiają mnie (nas?), stojącego nad brzegiem w złotym czepku, w swoisty trans. Zaraz się zacznie…

I machina ruszyła, żółwiki dostały się do morza i kotłując oddalają się od brzegu.

Chwila w wodzie i pierwszy kopniak w głowę. Okulary lekko skrzywione, nie przeciekają, więc poprawka i płynę dalej 🙂 Po kilkuset metrach drugi, woda się wlewa. Przewracam się na plecy, mocno pracuję nogami, by mnie jakiś nie stratował, wylewam wodę i naprzód. Przypadkowo obserwuję walkę prawie na pięści… złapali się za łby i podtapiają. Ludzie! myślę, czołówka już dawno przed Wami, a ambicje jak przy walce o podium…
Przy bojach wyznaczających trasę ścisk jak przy starcie. Kolejne kilometry w miarę spokojnie, próbuję draftować… Raz się udaje, raz ja jestem „smyrany” po stopach.
Słońce w oczy i nie widać ujścia kanału. Na szczęście dosyć dobrze eskortowani przez kajaki organizatora odnajdujemy … kanał.


Tak, to był „kanał”, znów chore ambicje,przyszli IM prawie się gryzą. Miły, pulchny Włoch wpływa mi na plecy. Kilkukrotnie. Macham szybciej rękoma i gdy oddalam się na bezpieczną, by go nie kopnąć odległość robię młyn nogami, on się już nie zbliża, a ja… „motyla noga” czuję skurcz lewego uda. Rozprostowuję, ale martwię się. Przecież to dopiero SWIM…
Z wody wychodzę z pomocą wolontariuszy. Nie żeby było mi słabo 🙂 Było stromo i wszystkich wyciągali, więc uległem 🙂

Nie wziąłem zegarka, więc nie wiem jaki czas pływania. Gdy opuszczałem strefę zmian na rowerowym liczniku była 8:16 …
W głowie przewalają się słowa trenera: pod górę spokojnie na siedząco, z góry na maksa (każdy miał takiego własnego maksa).
Ale jak tu pod górę spokojnie skoro 1:16 mam po pływaniu 😉 więc na pewno moi młodzi koledzy z grupy, których ambitnie chciałem przegonić są na pewno te nieszczęsne naście minut przede mną 😀


Usłyszałem też drugą radę: pierwsze kółko mocno, drugie spokojnie… i musiałem znaleźć złoty środek.
Pod górki prędkość spadała nawet do 10 km/h w dół ciut powyżej 70km/h….

Na drugiej pętli luźniej to i pogadać można 🙂 (oficjalnie nie wolno)
Tu Konrad, tu Adrian, parę razy mijam się z Leonidem z Ukrainy.
Podjazd ostatni jadę tak wolno, że Piotrek Kingowy  zaproponował ściganie… i wygrał 😉

Czasem dla hecy (bo wiadomo, że ja długo i wolno pod górę nie mogę 😀 ) wrzucam twardsze przełożenie staję na pedałach i ku uciesze kibiców wyprzedzam hurtowo pod górę Helmutów, Francesków i Johnów, którzy niezorientowani w zabawie gonią za mną z góry i po płaskim, by na kolejnym podjeździe powtarzać Der Tanz 😉

Ostatnie zjazdy, na liczniku 178,7 kilometrów, nagle wszyscy hamują i … co? już koniec? Miałem „wyskoczyć z butów”. Z jednego mi się udaje, drugiego wypinam, żeby zdążyć zejść z roweru przed „belką”. Ciągnę rower, ten but wpięty w pedał wlecze się po ziemi. Zrywam go sprawnie, wkładam pod pachę i pędzę do swojego stojaka. Zmiana wydawało się poszła sprawnie. Kątem oka obserwuję Olimpię wbiegającą z rowerem. A się dziewczyna sprężyła. Zapomniałem wcześniej dodać, że po drodze na rowerze udało mi się wyprzedzić Kingę i Olimpię…

Mam więc ostatni etap. Mam przed kim uciekać i mam kogo gonić… jest dobrze. Choć skwar niemiłosierny, to czuję się świetnie. W każdym punkcie dwie gąbki z wodą na głowę i kark, woda, pomarańcza, czasem baton. Biegnę przez wszystkie punkty…
Już nie pamiętam jak to się stało, ale w pewnym momencie pojawił się znów Leonid.

Szybciej biegnie, ale idzie przez punkty żywieniowe. Gdy biegniemy razem pytam jakie tempo (bo oczywiście, nie mogłem wierzyć wskazaniom stopera z licznika rowerowego, który zabrałem na bieg: raz wskazywał 4:40 min/km raz 7:30; doszliśmy z trenerem po wyścigu do wniosku, że km były źle oznakowane)  Leonid mówi, że 5:20. Ok, mówię. Będę biegł z Tobą, będziesz dobrym PaceMakerem. Było to na około 5 km. I tak razem z nim dobiegliśmy prowadząc miłą konwersację, idąc przez punkty żywieniowe do 28km, gdzie chłopak stwierdził, że coś przegiął z wodą i mam biec dalej sam, bo i tak mam dużo energii (on już 4 raz robił dystans IM). Tak wiec znów dopadła mnie samotność. Na szczęście za parę kilometrów pojawiła się Katja z Niemiec, która zaintrygowała mnie napisem KONA 12 na koszulce i ciekawie ułożonym paskiem startowym 😀 😀 😀
Tak więc trzymałem jej tempo dobrych kilka kilometrów. Buty pełne wody zaczęły piszczeć i ciapać, bałem się, że dziewczyna nie wytrzyma psychicznie tego, że ktoś przez kilka kilometrów biegnie za nią i „kwiczy”. Zagadałem więc i okazało się, że w zeszłym roku była na Konie i że przed nią biegnie brat, a za nią ojciec. Tempo było ładne, aż nagle na 34km skurcz łydki zatrzymał ją. Po kilkunastu sekundach dziewczyna powiedziała, że ona się chwilę zatrzyma, pożegnaliśmy się więc i znów sam. Jak ja nie lubię sam biegać….
Ale duża impreza to i WIELCY kibice. Kibice nieśli mnie do końca i już nie czułem samotności maratończyka. Tu ekipa z Radia, tu ekipa Olimpii i Michała, tam Renata Tomkowa ;), tu piąteczka od syneczka… 🙂

Czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem na końcu – ostatnie 4 kilometry – przyspieszyć. Tym bardziej, że gdy wybiegałem z rynku w Klagenfurcie minąłem … goniącą mnie Olimpię 🙂
Już nie szedłem przez punkty żywieniowe, na ostatnim biorąc tylko wodę.
Biegnę już trochę zmęczony, widzę oznaczenie 42km, a końca jak nie ma tak nie ma. Znów coś pomieszali.
Wbiegam do strefy końcowej, kątem oka widzę 11:0x:xx. Nie ma co się już ścigać. Zatrzymuję się w „bramie”. Dwa oddechy i idę.

Tu piątka od przyjaciółki, kibice robią niesamowity zgiełk, podnoszę ręce w górę, klaszczę, piątka od prowadzącego imprezę.

Całą drogę zastanawiałem się czy zdołam zrobić przewrót w przód tuż przed metą. Postanawiam, że zrobię mając jednak obawy czy wstanę 🙂 Podnoszę ręce w górę …
„Mae ukemi” wychodzi przyzwoicie, w ręce wpada mi Kuba. Razem wchodzimy na metę… 11:02:40 sek

W całej tej euforii nie słyszę formułki: Marius you are… 🙂

 

 

Pozostaje pytanie czy to wszystko było warte godzin spędzonych na treningach, wyrzeczeń towarzyskich i zmiany hobby…

Moim zdaniem… każdy powinien spróbować. Wrażenie po wyścigu niesamowite. Bardzo życzliwi kibice i to nie tylko w samym Klagenfurcie, ale również w mijanych po drodze miejscowościach.
Zyskałem nowe doświadczenia, nowych znajomych i przyjaciół. I choć nie czuję, że po przekroczeniu linii mety stałem się innym człowiekiem to uważam, że naprawdę nie straciłem, ba zyskałem wiele przez te 1,5 roku przygotowań.
POLECAM!

Dziękuję Trenerowi Darkowi Sidorowi za wprowadzenie w świat triathlonu na dystansie IronMan.
Dziękuję rodzinie i kibicom z Polski i zagranicy za kibicowanie na miejscu i za stworzoną przez nich magię miejsca.
Dziękuję rodzinie,kibicom i sympatykom w Polsce i za granicą, którzy trzymali kciuki
Dziękuję organizatorowi za Wielką Imprezę.
Dziękuję Radiu Wrocław za Radiową Akademię Triathlonu.
Dziękuję uczestnikom RAT za wytrzymywanie ze mną przez te naście miesięcy 😉

Drugie poboczne pytanie co dalej?
Jak zwykle po wyścigu deklarowałem, że „rzucę to w diabły”. Jednak kilka dni odpoczynku i przypomniały mi się słowa kolegi, również „świeżo upieczonego” ajrona :), przy śniadaniu następnego dnia po mecie IM: nie marnuj swojego VO2max.
PIOTRZE z IM2010!   Dziękuję!

I mój syn zadeklarował, że chce być najpierw IronKid, a potem IronMan…

Nie mam wyjścia 😀

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Mariusz Świątczak i otagowano jako , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (4)

  1. Kdarek
    Opublikowano 10 lipca 2013 at 10:39 | Permalink

    Bardzo się cieszę, że ukończyłeś w doskonałej formie i czasie. Pytasz sam siebie co dalej. Skoro rozpocząłeś poznawanie swoich możliwości to tak ci teraz już zostanie do końca życia. Zrobiłeś od razu wielki krok, kolejne będą znacznie mniejsze, ale równie przyjemne.

  2. Kasia trenerowa
    Opublikowano 9 lipca 2013 at 15:07 | Permalink

    Mario!
    Twój wpis świetni oddaje to co tam się działo. Sama nie spodziewałam się, że taki „zwykły” bieg dla kobiet Ironman’ów przyniesie tyle emocji, mnie i moim najwierniejszym kibicom :). Dziękuję!
    Wielka przyjemnością było być tam z Wami i cieszyć się Waszym sukcesem.
    IM Klagenfurt to dopiero początek, a co będzie dalej zależy od Was RAT-owników, ale wiem, że nie poddacie się bez walki :).

  3. daga
    Opublikowano 8 lipca 2013 at 20:18 | Permalink

    MARIUSZ GRAYULUJĘ, jesteś WIELKI 🙂

  4. Krzysztof
    Opublikowano 8 lipca 2013 at 18:16 | Permalink

    Kurde, też chciałbym tam być!
    Ale wam zazdroszczę. I przygotowań, i startu, i trenera, który jest chyba najlepszym w Polsce.
    Idę na rower, bo nie opanowuję emocji. Brawo Mariusz, po prostu great!

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius