Ironman Klagenfurt 2013

Czwartek

Do Austrii dotarliśmy w czwartek wieczorem po długiej i męczącej podróży. Klagenfurt przywitał nas słońcem, piękną pogodą, zauroczył  krajobrazem i bajecznie czystym, alpejskim jeziorem. Nie zdawałem sobie sprawy jak niesamowite jest to miejsce i byłem mile zaskoczony, że przyjdzie nam wystartować właśnie tu. Po zameldowaniu się w hotelu mieliśmy dwa dni na zaaklimatyzowanie się i przygotowanie do niedzielnego startu.

 Piątek

W piątek odbył się grupowy objazd trasy a później nadszedł czas na ostatnie poprawki przed zawodami. Napięcie unosiło się już w powietrzu a każdy z nas musiał znaleźć swój sposób na pokonanie stresu. Jedni dłubali przy rowerach, drudzy śpiewali, jeszcze inni leżeli do góry nogami w łóżkach.

Wieczorem odbyło się tradycyjne „pasta party” na którym mogliśmy  poczuć atmosferę zawodów. Wszyscy zawodnicy zostali oficjalnie przywitani, było dużo jedzenia, picia i śmiechu. Świetnie spędzony czas pozwolił nam odstresować się i zapomnieć o tym co nas czeka.

Sobota

Sobota była dniem startu dzieci i kobiet w mini zawodach, odpowiednio Ironkid i Irongirl, a dla Ratowców dniem lenistwa. Zwiedziliśmy pobliskie Velden, poszliśmy na zakupy i odpoczywaliśmy po obfitym obiedzie. Po południu wstawiliśmy rowery do strefy zmian a koło godziny 20:00 mieliśmy odprawę z trenerem, na której przekazano nam ostatnie wskazówki, błogosławieństwo i o 21:30 leżałem już w łóżku. Przez ostatnie kilka dni wstawałem koło 4-5 rano, więc nie miałem problemu z zaśnięciem, a spokojny sen przed zawodami, jak wiadomo, jest bardzo ważny.

 

Niedziela

Pobudka o 3:45, szybkie ubieranie i chwilę po 4 jestem na śniadaniu. Płatki, bakalie, bułka z masłem orzechowym, mała kawa i ruszamy w drogę. Wszystko wcześniej przygotowałem tak aby nie pakować się na  ostatnią chwilę, więc znoszę tylko rzeczy do samochodu. Sprawdzamy czy wszyscy są i ruszamy na miejsce zawodów. Jesteśmy 20 minut przed czasem i czekamy na otwarcie strefy zmian. Bidony, batony, żele energetyczne lądują na rowerze, dodatkowo sprawdzam worki na bieg i rower. Ruszam w kierunku linii startu… Po drodze spotykam Maćka, Mariusza, Krystiana. Ubieramy pianki i razem udajemy się na brzeg Worthesee.

Krótka rozgrzewka w wodzie, ostatnie nerwowe ruchy na lądzie i 10 minut oczekiwania na start. Stoję razem z Krystianem w drugiej linii, staramy się nawzajem motywować, ale nie będę cytować jak bo nie wypada ;). Zaczyna się odliczanie 3 .. 2.. 1… Start!

Pływanie

  Na początku jest trochę ciasno ale od samego startu płynę swoim tempem. Spokojne, długie pociągnięcia… Miałem wrażenie, że ludzie obok mnie przebierają rękoma dwa razy szybciej. Dopływamy do boi nawrotowej i powrót okazuje się trudniejszy ze względu na oślepiające słońce. Mówiąc szczerze nie wiedziałem gdzie płynę, starałem się znaleźć w środku owczego pędu. Nagle w oddali widzę zarys drzew i nawiguje na przestrzeń między nimi, która wydaje się być początkiem kilometrowego kanału. Znowu zaczyna się ścisk kilka razy ktoś próbuje mnie podtopić, zachowuję zimną krew i dopływam do końca. 3,8 km pływania zajmuje mi niecałe 59 minut. Wychodzę z wody, patrzę na zegarek i jestem mile zaskoczony bo wydawało mi się, że płynę naprawdę wolno. Nie odczuwałem żadnego zmęczenia, spokojnie dobiegłem do strefy zmian, sprawnie pozbyłem się pianki i ruszyłem na trasę rowerową.

Rower

Początek trasy to prawie 30km po płaskim terenie, a w większości delikatne zjazdy. Jadę umiarkowanie szybko będąc w pierwszym zakresie, więc wszystko wygląda ok. Nagle po 5 km mój licznik odmawia posłuszeństwa a chwilę później pulsometr wskazując absurdalne wartości. Pozostała mi jazda na wyczucie, co nie napawa mnie optymizmem. Stosuję prostą taktykę: oszczędzam się maksymalnie na podjazdach a na zjazdach jadę tak szybko na ile pozwala mi moja wyobraźnia (może to i dobrze, że licznik przestał działać). Na moje nieszczęście mam dodatkowo problem ze spadającym łańcuchem i zaliczam 6 krótkich postojów aby nałożyć go na zębatki. Pierwsze okrążenie (90km)  pokonuję w czasie 2 godzin i 50 minut. Zaczynam zastanawiać się czy nie za szybko tak jak to miało miejsce na Czechmanie i znowu będę musiał odpokutować błędy na biegu. Drugą część zaliczam w niemal identycznym czasie i po raz drugi jestem niesamowicie mile zaskoczony moją dyspozycją. W 5 godzin 41 minut  pokonuję 180 km na rowerze i zmierzam do strefy zmian aby zostawić rower, ubrać buty i sprawdzić ile paliwa mam w baku przed maratonem…

Bieg

  Przez pierwsze 3 kilometry maratonu czuję się wspaniale, wybiegam ze strefy zmian, ludzie wiwatują przybijam „piątki”, widzę, że mogę złamać nawet 11 godzin. Z drugiej strony powtarzam sobie: „Zwolnij, głowa Cię oszukuje”. Po 180km ze średnią 32km/godz. bieg wydaje się o wiele wolniejszy niż jest w rzeczywistości. Po drodze mijam się z trenerem, na 4km wyprzedzam Wojtka, który walczy z kryzysem. Pytam go: „Kto jest z przodu? Odpowiedź: „Michał i trener”. Myślę sobie: „Jest dobrze” i po chwili mijam się z Michałem. Jak się prędko okazało zacząłem bieg za szybko i na 5km byłem przekonany, że mój udział w zawodach zaraz się zakończy. Zrobiło mi się gorąco, miałem lekkie zawroty, nogi jak z waty… Do głowy napływają najgorsze myśli… „Co za wstyd! Nie dam rady, nie mam siły biec a jeszcze 5 razy więcej do mety…”. Zatrzymuję się przy punkcie żywieniowym, zjadam żel, sól, krakersa, banana i piję dużo izo i wody. Po kilku kilometrach kryzys przechodzi, eureka, odrodzenie!!! Zaczynam znowu  biec w tempie, a na każdym kolejnym punkcie dużo piję i jem słone krakersy. Koło 17km wbiegamy na rynek w Klagenfurcie. Droga prowadzi przez wąskie uliczki, wokół w ogródkach siedzą turyści, popijają kawę i kibicują. Po nawrocie widzę, że Wojtek jest dosyć blisko, zaraz za nim Mariusz, co motywowało mnie do utrzymania tempa i dalszego biegu. Na drugim okrążeniu czuję się wyśmienicie; wiem, że ukończę wyścig i złamię 11 godzin, co  jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemożliwe. Liczę też na czas poniżej 4 godzin na trasie maratonu, wszystko to sprawia, że ostatnie km to sama przyjemność.

Meta

Ostatnia prosta, w oddali widzę metę, zwalniam, delektuję się atmosferą, podnoszę ręce w geście zwycięstwa i przekraczam linię. Euforia, okrzyk  radości, dostaję medal, łyk piwa uścisk z ukochaną i trochę płaczu ze szczęścia (tak, chłopaki płaczą:P) Nie czuję się wyczerpany, dobrze rozłożyłem siły jak na pierwszy start, jestem zadowolony, adrenalina robi swoje!

 

Po zawodach…

Prysznic, przebieranie, masaż i byłem gotowy uzupełniać kalorie! Spotkaliśmy się w umówionym miejscu i czekaliśmy na pozostałych Ironmen’ów. Wszyscy Ratowcy ukończyli zawody w rewelacyjnych czasach, czujemy się dumni i niesamowicie szczęśliwi.

Na zakończenie

Słowa podziękowania dla trenera Dariusza Sidora, Radia Wrocław, uczestników Radiowej Akademii Triathlonu i wszystkich naszych kibiców. To było ciężkie półtora roku dla Nas wszystkich z różnych powodów. Triathlon, a szczególnie przygotowania do zawodów Ironman, wymagają wielu poświęceń związanych z treningami. Różne komplikacje życiowe sprawiały dodatkowe trudności. Jesteśmy tylko ludźmi i wydaje mi się, że każdy z nas miał chwilę zwątpienia i triathlonu po dziurki w nosie. Sukces został okupiony licznymi kontuzjami, litrami potu i setkami godzin spędzonych na treningach. Pozostaje pytanie: „Czy było warto?”. Dla tych kilku chwil na mecie, dla banalnego „Marcin, you are an Ironman”? Dla przeciętnego Kowalskiego może to być niezrozumiałe i przesadzone. Dla mnie to początek wspaniałej przygody i sposobu na życie. Mam kolejne plany, marzenia, które będę spełniał, ale do tego potrzeba czasu, przygotowań i nastawienia „na wynik”.

PS.

Minęły dwa tygodnie od zawodów. Mamy okres roztrenowania i objętość treningowa jest znikoma. Leczę rany,  na razie noga nie pozwala mi biegać, ale zamiast tego w ruch poszły rolki. Odpoczywam, regeneruję się i dużo jem!

 

PS.2

W najbliższą niedzielę odbywają się zawody nad jeziorem Mietkowskim k. Wrocławia, na które wszystkich serdecznie zapraszam! Najbliższy start planuje w Borównie na „połówce”, gdzie spróbuję złamać 5 godzin. Do zobaczenia i pamiętajcie „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą”…

http://www.prtriathlon.pl/pl/c/18/aktualnosci.html

 

zdjęcia: Anna Skupień (Radio Wrocław)

photos: http://ironmanklagenfurt.com/


 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Marcin Wróbel. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (2)

  1. Opublikowano 19 lipca 2013 at 05:28 | Permalink

    Heya! I realize this is kind of off-topic but I had to ask.
    Does operating a well-established website such as yours require a lot of
    work? I’m completely new to writing a blog but I do write in my diary every day. I’d like to start a blog so I
    can share my own experience and thoughts online. Please let me know if you
    have any recommendations or tips for new aspiring blog owners.
    Thankyou!

  2. Kdarek
    Opublikowano 18 lipca 2013 at 09:58 | Permalink

    Marcinie, wielkie gratulacje.
    Uzupełnienie ubytku soli miało chyba duże znaczenie w trakcie biegu. W Pradze na maratonie są na bufetach tace z solą. Widziałem ludzi, którzy wkładali do soli kawałek banana i potem to wcinali. Ja się nie odważyłem, ale może kiedyś spróbuję.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius