Kamikadze – leszczyński wiatr

Pełen obaw przystąpiłem do startu w Lesznie. To największa amatorska impreza kolarska w kraju , która odbywa się ze startu wspólnego.

 

W niedzielę na starcie stanęło ponad 850 kolarzy, szczelnie stłoczonych na ciasnej alejce w pobliżu lotniska.

 

 

Organizator podzielił nas na dwie grupy. Ci co w zeszłym roku uzyskali dobre czasy trafiali automatycznie do pierwszej 100 osobowej, inni w tym ja, który w ubiegłym roku nie startowałem znalazłem się kilkadziesiąt metrów za pierwszą grupą.

Ten układ zredukował szanse na taktykę jazdy drużynowej, której poświęciliśmy jako drużyna RAT sporo czasu. Olimpia z Michałem i Wojtkiem znaleźli się w pierwszej grupie a Mariusz , Tomek i ja w drugiej.
Start wspólny oznaczał wiele niebezpieczeństw z tym faktem związanych. W tej dużej masie kolarzy ,łatwo o choćby przypadkowe zaczepienie o kogoś, jazda w ciasnym peletonie redukuje szanse na ominięcie upadających przed Tobą, nie wszyscy amatorzy znają zasady poruszania się w takich formacjach.

Obawy stały się faktami, upadki zdarzały się dość często w czasie całego wyścigu, a ja sam co najmniej trzy razy cudem wybroniłem się od przykrej gleby. Sytuacje pogarszał silny wiatr i okresowo padający deszcz, bo wtedy zrobiło się dodatkowo ślisko.

Odkryłem, że mimo że trasa wiodła przez doskonale mi znane wypoczynkowe miejscowości jak Brenna, Olejnica i Boszkowo to nie odnotowałem w pamięci żadnej z nich, wpatrzony w koła i pośladki jadących przede mną i obok. Byleby nie „zaliczyć dzwona”

Nie ustrzegłem się też błędów.

 

Zbyt późno dotarliśmy do Leszna i było zbyt mało czasu na spokojne przygotowania. Na start dotarłem, gdy stał zwarty tłum, a koniecznie chciałem dotrzeć do kogoś z drużyny.

 

Znalazłem ostatecznie Mariusza, ale żeby do niego dojść przez ścisk wykonałem „brzydki” aczkolwiek skuteczny manewr unosząc rower nad głowę przepchnąłem się do przodu. Kłopot w tym, że nie było później kawałka gleby, na którym mógłbym rowerkiem wylądować.

 

Przypadkowo zakleszczyłem manetki od przerzutek w nietypowym położeniu, co zaowocowało tym ,że przerzutki po starcie w moim rowerze zniknęły! Zostałem na starcie jak przysłowiowe cielę, a obok śmigali kolejni zawodnicy. Gdy sytuacja się wyjaśniła Mariusza już nie było widać…szkoda.

 

Złe wieści dotarły do mnie podczas pierwszego stanięcia na pedały. Z tyłu dało się usłyszeć tarcie koła o hamulec. Musiałem serwisując dzień wcześniej rower, zbyt słabo przykręcić koło. Gdy mocno naciskałem na pedały to rower hamował! A na trasie podjazdy i sporo wyjść z zakrętów!
Z tą awarią nie miałem sobie jak poradzić jak zatrzymując się, ale na to nie chciałem się decydować bo strata byłaby nie do odrobienia. W połowie dystansu wpadłem na pomysł częściowego uwolnienia zacisku hamulca. Trochę to było ryzykowne włożyć rękę w czasie jazdy w pobliże zacisku i śmigających szprych tylnego koła. Ale ten manewr się udał i mam nadal wszystkie palce.
Jechałem w drugiej grupie, wciąż znajdując się na czele i sporo pracując na zmianach. Większość się nie kwapiła. Wiem ,że w kolarstwie robiłem za jelenia, ale z drugiej strony zależało mi na jeździe pod pełnym obciążeniem, wszak czekają mnie starty w jeździe indywidualnej na czas bez draftu i nikt na mnie nie będzie pracował.

 

Kilkukilometrowy podjazd uświadomił mi kolejny raz, że nigdy nie będę dobrym góralem bo przede wszystkim jestem za ciężki. Owszem można nadrobić na zjeździe ale nie w zwartym peletonie, na mokrym i posypanym piaskiem.
Finiszowałem przyzwoicie utrzymując się na czołowym miejscu w dużej grupie. Szczęśliwie cało dotarłem do mety.

Na 75 km trasie startowało około 650 osób, ja z czasem 2:03 byłem 94 w open i 22 w kategorii wiekowej.
Swój start oceniam jako przyzwoity, pojechałem w tym samym czasie co w Trzebnicy z tym że tam trasa była o 5 km krótsza.

 

Wielkie gratulacje dla naszych złotych medalistów, tym bardziej że mogli liczyć tylko na siebie.
Ola i Michał kolejny raz pokazali jak świetnymi są kolarzami zajmując pierwsze miejsca w swoich kategoriach ( Ola pierwsze także w open).

 

Wielki to sukces Naszej RAT-owej pary, oraz Trenera Dariusza Sidora.

Pozostali pojechali również dobrze, pokazując, że uczciwie starali się przygotować do głównego startu w IM Klagenfurt.

 

Ja tym razem porządnie się zmęczyłem.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (5)

  1. Opublikowano 29 maja 2013 at 16:06 | Permalink

    I do trust all of the concepts you’ve introduced to your post. They are really convincing and will certainly work. Nonetheless, the posts are very short for starters. Could you please extend them a bit from subsequent time? Thanks for the post.

  2. Opublikowano 28 maja 2013 at 13:33 | Permalink

    hej stary, fajny opis startu.
    Nie zazdroszczę tych problemów ze sprzętem.
    .
    Ja zawsze robię tak: sewisuje rowerek – dogrywam hamulce, reguluje przerzutki, zmieniam opony, podnoszę minimalnie siodło na startowe (normalnie jeżdżę 10-15 mm niżej).

    Wszystko czyszczę, a potem 3-4 treningi na tak zrobionym rowerku !

    Jeśli nic nie wyskoczy w ciągu tych 3-4 treningów, to masz 95% szans, ze na zawodach będzie Ci wszystko pasowało !
    .
    Do zobaczenia nastepnym razem!

  3. Maciej Garncarek Maciek
    Opublikowano 27 maja 2013 at 17:45 | Permalink

    No właśnie nie chciałem wkładać palców w szprychy i nie taki miałem plan. Po prostu trzeba odkręcić jeden skobelek w czasie jazdy. Nic wielkiego.
    A że dramatycznie to brzmi w blogowym opisie to cóż…trochę dla lepszej poczytności.:) Pozdrawiam

  4. Zuza
    Opublikowano 27 maja 2013 at 13:06 | Permalink

    A po jakiego czorta było wpychać te palce między szprychy pędzącego roweru??? Masa palców nie zmniejsza w znaczący sposób wagi startowej zawodnika, a sprawne kończyny bywają przydatne. Czasem lepiej stracić kilka minut i przeżyć niż przez wiele tygodni dochodzić do siebie po wypadku.
    Panie Maćku niech Pan się czasem zastanowi co Pan robi, bo czytając takie kwiatki jak powyższy opis przygód na rowerze, tężeje krew.

    Życzę mądrych i bezpiecznych startów i treningów!
    Gratuluję udanego występu w Lesznie!

    • Mariusz Mariusz
      Opublikowano 27 maja 2013 at 13:22 | Permalink

      Na podjazdach miałby lżej 🙂
      Maciek jest typem walczącym. Jak wpadnie w szał rywalizacji to nie zważa na koszta.
      Ukończenie triathlonu na dystansie olimpijskim (ba! dwadzieścia kilka kilometrów na rowerze i 10km biegu) ze złamanym obojczykiem to jest wyczyn na który niewielu stać.
      Co tam palce 😀

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius