KATHARSIS

Zawody w Bełchatowie były naszym debiutem, więc euforia z powodu ukończenia zawodów nie pozwoliła na obiektywną ocenę moich poczynań. Poza tym nie popełniłem tam zbyt wielu błędów. Tym razem było inaczej i po starcie w Kórniku muszę już spojrzeć na mój wynik i moją postawę bardziej krytycznym okiem. A ponieważ nie jestem z siebie zadowolony i mam bardzo mieszane uczucia, postanowiłem napisać ten tekst na gorąco, aby wyrzucić z siebie te wszystkie negatywne emocje, oczyścić niejako swoją głowę i zostawić to już za sobą. Mam nadzieję, że pomoże mi to zrobić tzw. „twardy reset” i od jutra zacznę przygotowania do kolejnego startu bez rozpamiętywania tego co było. A, że była tragedia, więc musi być katharsis. Ale po kolei.

PRZYGOTOWANIE SPRZĘTU W STREFACH T1 i T2 (PROLOG) czyli miłe złego początki. Tym razem obie strefy były w jednym miejscu, więc teoretycznie powinno być łatwiej, ale jak się później okazało – nie było. Nie wiem czy spowodowały to wystrzały dętek Andrzeja, czy może przemęczenie po ciężkim i nieprzespanym tygodniu, ale podczas wstawiania roweru do strefy byłem zdekoncentrowany i roztargniony. Sprawdzałem pewne rzeczy po kilka razy, ale nie ustrzegłem się podstawowych błędów. Przede wszystkim nie zapamiętałem, w którym dokładnie miejscu znajduje się mój rower, przez co straciłem kilka sekund na jego odnalezienie. Po drugie nie ustawiłem odpowiedniej przekładni i wreszcie, co najgorsze, wpiąłem buty i zostawiłem je z zapiętymi rzepami. Nie muszę mówić, jak bardzo się zdziwiłem i jakie słowa wypowiadałem w duchu, gdy dosiadłem roweru i po włożeniu nogi do buta, okazało się, że są one zapięte. A jeszcze ta przekładnia… Tragediaaaaaa. Nim zdołałem wpiąć drugą nogę, straciłem kolejne pół minuty. Na dystansie sprinterskim to przepaść.

PŁYWANIE (EPIZOD 1) czyli dramat. Wiem jaki poziom, a właściwie jego brak, w pływaniu prezentuję. W Bełchatowie płynąłem razem z Gosią i tylko to, że mogłem jej w jakiś sposób pomóc, zagłuszyło faktyczną ocenę moich umiejętności pływackich. Teraz okazało się, że król jest nagi. Około 3 minut straty do pozostałych członków grupy na dystansie 400 metrów to już nawet nie przepaść, to katastrofa. Ale najgorsze jest to, że ani ja sam, ani nikt inny nie wie jak mi pomóc. A zaczynam popadać we frustrację i powoli wątpić czy na dłuższych dystansach uda mi się zmieścić w limitach czasowych i czy czasami nie porwałem się jak szczerbaty na suchary… Ale wracając do głównego wątku wynik z pływania „ustawił” mi dalszą część zawodów – znów trzeba było gonić króliczka…

ROWER (EPIZOD 2) czyli rozczarowanie. Wszyscy mówią mi, że mam mocny rower, ale chyba tylko ja sam wiem, jak dużo pracy muszę włożyć, aby to zdanie mogło wreszcie okazać się prawdą. Na razie jednak nie  mogę się z nim zgodzić. A jak dużo muszę zrobić pokazały zawody w Kórniku. Późne wyjście z wody spowodowało, że pozostała mi rola goniącego. Ale formuła zawodów dopuszczająca drafting, z góry stawiała mnie na przegranej pozycji. Z wody wyszedłem 198 na 222 osoby, które ukończyły zawody i przed sobą miałem tylko wolniejszych kolarzy. Samotny pościg szybszych zawodników, którzy połączyli się w uciekające grupki okazał walką z wiatrakami i mocno nadwątlił moje siły przed bieganiem. Tego dnia nie jechało mi się tak dobrze, jak w Bełchatowie, chociaż trasa ku temu sprzyjała. Była szybka, prosta, bez wolnych nawrotów, jednak nie udało mi się wykorzystać tych atutów. To chyba nie był mój dzień.

BIEGANIE (EPIZOD 3) czyli zagadka. Ten element najtrudniej mi ocenić. Jak już pisałem szybkie bieganie nie jest moją mocną stronę, a na dystansie 4,2km trzeba po prostu się sprężyć i dać z siebie wszystko. I choć ostatnio, dzięki treningom z grupą poprawiłem swoją szybkość, to jednak z wyniku osiągniętego w Kórniku nie jestem zadowolony, choć 39 pozycja, którą osiągnąłem w tej dyscyplinie może nieco ten obraz fałszować. Nie biegło mi się dobrze, na co z pewnością miała wpływ pogoń na rowerze w moim wykonaniu. Znów męczyła mnie kolka i miałem wahania tempa. Dopiero widok członków grupy zmobilizował mnie do cięższej pracy. Niemała w tym zasługa Bartka, którego plecy działały na mnie jak magnes. Choć dystans 100-150 metrów dzielący nas na ostatnim kilometrze wydawał mi się nie do pokonania, na metę wbiegliśmy jednak razem, wspólnie finiszując z czasem 1:03:15.

PODSUMOWANIE (EKSODOS). Zająłem 77 miejsce na 222 sklasyfikowanych na mecie. Z wody wyszedłem 198, więc na mecie trochę się poprawiłem. Miałem w sumie niezłą zmianę w strefie T1 (choć wiem, że trochę się tam ślimaczyłem i mam tu jeszcze sporo do zrobienia) i dobrą zmianę w T2, choć mogłoby być jeszcze lepiej, ale pierwszy raz startowałem z gumkami zamiast sznurówek i chyba trochę za mocno je sobie ściągnąłem, gdyż dziwiłem się jak trudno mi było wsadzić buta na bosą nogę. Wiem że może w wynikach nie wygląda to najgorzej, ale moje odczucia i emocje są inne (PS. Gosia już wiem, co czułaś po Bełchatowie),a na nich, a nie na cyfrach opieram moją ocenę. Mam nadzieję, że te wyznanie i omówienie startu z trenerami pozwoli mi wyjść z całej tej sytuacji jeszcze mocniejszym, choć na razie cały czas czuję, że jestem pod wodą…

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Paweł Kiełbasa. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius