Klagefurt IM2013 – relacja cz. I: Najpierw orzeźwiająca kąpiel…

Budzik dzwoni o 3:40. Otwieram oczy i podnoszę się z łóżka. Rowerowe treningi o świcie jednak się na coś przydały, wstawanie o tak barbarzyńskiej porze nie jest już dla organizmu takim szokiem jak kiedyś. Ubieram się w strój startowy, naciągam nowe kompresy, na to dres i kurtka – w końcu jest jeszcze przed świtem, może być chłodno – no i moja szczęśliwa rastafariańska czapeczka. Marta krząta się obok, szykuje aparaty, picie, to będzie długi dzień dla nas obojga. Sprawdzam jeszcze, czy wszystko mam spakowane, zabieramy torby i schodzimy na śniadanie. Wszyscy już są. Jest cicho, nie ma paniki, ale wszyscy zdają się być skupieni.

Wmuszamy w siebie jedzenie, rezygnuję z kawy, jestem już wystarczająco podekscytowany. Zapomniałem zabrać płatków, więc wracam po nie do pokoju. Na stole stoją przygotowane na rower bidony, uff, opatrzność czuwa, bez nich było by źle. Tym razem już w pełni przygotowany schodzę na dół. Kończymy śniadanie i wsiadamy do busa. Jest 4.30.

– Niech każdy sprawdzi czy ma chip. Bidony są? Okularki są? To jedziemy.

Zaczyna świtać. Z okien busa widzimy jezioro i miejsce startu. Staram się nie myśleć o tym co nas czeka. Wizje korków i zawalonych parkingów nie sprawdziły się, bez problemu dojeżdżamy pod sama strefę. Po za nami na otwarcie bramy czeka jeszcze dwóch anglików. Jesteśmy w pierwszej dziesiątce oczekujących – traktuje to jak dobrą wróżbę. Powoli schodzą się inni zawodnicy, punktualnie o 5:00 ochrona otwiera bramę, potok ludzi rozpływa się między stojakami. Strefa jest ogromna, ma jakieś 100x150m, zajmuje cały parking klagenfurckiego uniwersytetu. Jakieś 15mln złotych w sprzęcie, jak ktoś to szybko policzył. Oglądając czasowe cudeńka stojące obok mojego Bianchi jestem w stanie w to uwierzyć. Czasu nie jest za dużo, a ja muszę wymienić około – wieczorem podczas wstawiania roweru zauważyłem niepokojące nacięcie na opinie – oraz założyć dodatkowy licznik, żeby uniknąć powtórki z Czechmana. Kucam, aby poprowadzić kable, a kiedy wstaję, orientuję się, że słońce już jest nad horyzontem. BUM!!! – nagle cała strefa zamiera, wszyscy rozglądają się szukając źródła dźwięku, a potem wybuch nerwowy śmiech. Tylko nieszczęśnikowi, któremu strzeliła dętka nie jest do śmiechu. I tak dobrze, że poszła tu, a nie na trasie. Rower gotowy, idę sprawdzić worki. Po drodze widzę większość grupy krzątającą się jeszcze przy rowerach. Podchodzę do stojaka z czerwonymi workami – na bieg – i z przerażeniem stwierdzam, że mojego worka nie ma. „Spokojnie, nie panikuj, musi gdzieś tu być”. Po 20 trwających wieczność sekundach odnajduję go prawie na drugim końcu wieszaka. Przewieszam go na prawidłowe miejsce i idę do worka niebieskiego – na rower. Tu wszystko jest w porządku. Rzut oka na zawartość, wszystko ok, wychodzę ze strefy.

Napięcie które czułem od rana opada, wszytko jest przygotowane, sprzęt na miejscu, nawet jeśli czegoś brakuje, to już i tak nic z tym nie zrobię. Znowu zbieramy się przy busie i idziemy razem na start. Na trasie biegu asfalt zamalowany jest motywującymi napisami, wyrazami miłości i otuchy dla tych, którzy za parę godzin będą tu przełamywać siebie. Idziemy w potoku ludzi, zawodników odprowadzanych przez rodziny, przyjaciół. Kolejny uśmiech opatrzności – znajduję toaletę bez kolejki. Jest to ostatni sprawa, o którą martwiłem się przed startem. Teraz naprawdę łapię trochę oddechu, nic więcej nie zostało do zrobienia.

Docieramy nad brzeg jeziora. Znajduję kawałek trawnika, gdzie w spokoju można przeprowadzić suchą rozgrzewkę i przebrać się w piankę. Dookoła mnóstwo ludzi, jakaś ekipa telewizyjna nam się przygląda.

Po chwili, ubrany w moją drugą skórę ruszam na rozpływanie. Jeszcze tylko buziak od Marty, już się pewnie nie znajdziemy w tym tłumie. Na długości 500m dojdzie do wody jest zamknięte, to stąd będziemy startować, ale za pirsem można pływać. Woda jest rześka, ale po chwili nagrzewa się pod pianką. Przepływam jakieś 200m, znajduję drabinkę i wychodzę na pomost, w sam raz na start pierwszej grupy – to zawodnicy bardziej doświadczeni, z lepszymi wynikami, ok. 500 osób. Startują 15min wcześniej, żeby choć trochę rozładować tłok podczas pierwszych metrów pływania. Gdzieś tam jest trener Sidor. Zaczynam się denerwować, już za chwilę czas na mnie. Wskakuję do wody i wracam na brzeg. Przedzieram się przez tłum i ustawiam na piaszczystej plaży, w raz z 2000 innych śmiałków. Za chwilę wskoczymy do pralki, będziemy walczyć o każdy wolny metr wody przed sobą. Serce podchodzi mi do gardła. Na szczęście znikąd pojawia się Mariusz, przybijamy piątki i razem czekamy na start. Nowe okularki mi parują, a dojście do wody jest zabronione. Trudno, przepłuczę w biegu.

BUM!!!! – taśma w górę, ruszamy, w biegu przepłukuję okularki i skaczę do przodu. Woda wokół gotuję się, obok mojej głowy jak skrzydła wiatraków latają ręce innych zawodników. Szybko, szybciej. Zahaczam ręką o czyjąś piętę, ktoś ściąga moje nogi w dół, czyjaś głowa wpływa mi pod pachę. Staram się rozciągnąć jak najbardziej i płynąć najszybciej jak się da. Byle dalej od tego ścisku. Po kilku minutach robi się luźniej. Próbuję złapać rytm, skupić się na technice. Spływam się z jakąś grupą i znów robi się ciasno, ich łokcie przesuwają się po moich żebrach, woda jest tak wzburzona, ze nie mogę złapać oddechu. Zaraz wpadnę w panikę. Tylko spokojnie, dasz radę, zaraz nawrót. Za boją znowu robi się luźniej, sprawdzam czas – jest dobrze. Staram się rozluźnić, przy każdym oddech podziwiam piękny błękit nieba. Oj, będzie dzisiaj gorąco. Za drugą boją robi się tak ciasno, że sam muszę rozpychać się łokciami, ale teraz już płyniemy w kierunku brzegu. Łapię rytm, po chwili robi się luźniej a brzeg rośnie w oczach. Jeszcze chwila i wejście do kanału. Mam szczęście, nie trafiam na żadną większą grupę, inaczej ostatni kilometr wyglądałby jak pierwsze 300m – pralka. Woda w kanale jest mętna, kilkuset pływaków przede mną zdążyło podnieść z dna tony mułu. Czuję, że dotykam stóp przed sobą, ale ich nie widzę. Wypatruję mostka przecinającego kanał mniej więcej w połowie. Na brzegach coraz więcej kibiców. Jest mostek, zaraz koniec, zaczynam się cieszyć, że pierwszy etap za mną. I wtedy dostaję z łokcia w szczękę a z pięty w okular. No pięknie. Przewracam się na plecy, wylewam wodę i płynę dalej. Mam szczęście, ciosy nie były mocne, gdybym w tej brei stracił okularki, byłoby nieprzyjemnie. Jeszcze tylko zakręt i już widzę plażę. Dopływam do brzegu, wolontariusze pomagają ustać na nogach. Sprawdzam czas : 1:05:00. Żyję, pływanie za mną, jest dobrze!

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Wojciech Górecki. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (3)

  1. Mikowhy
    Opublikowano 8 lipca 2013 at 23:53 | Permalink

    Czekam na dalsza relacje Wojtek. Widze, że tłok jak w ostatnią niedziele we Frankfurcie.

  2. kiemza
    Opublikowano 6 lipca 2013 at 10:29 | Permalink

    i co dalej czekam z niecierpliwością…

  3. kiemza
    Opublikowano 6 lipca 2013 at 10:28 | Permalink

    i co dalej czekam z niecierpliwością

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius