MARATON Poznań :)

Wiem, że wszyscy już o nim zdążyli napisać, ale nie mogę się powstrzymać, muszę opowiedzieć :)…

Dzień przed Maratonem odwiedziliśmy z Michałem Targi Expo. Przede wszystkim po to, żeby odebrać pakiety startowe dla siebie i chłopaków, gdyż w dniu startu było to niemożliwe (skądinąd organizator mógł numery startowe rozesłać pocztą, a pakiety startowe rozdać na mecie razem z medalami). Jednak ilość dziwacznych przyrządów do ćwiczeń, „samobiegających” butów, super skarpetek przeciw odciskom, kosmicznych odżywek przerosła nasze oczekiwania.  Miałam wrażenie, że sprzedawcy z politowaniem patrzą na moje stare, wysłużone buty biegowe. Zupełnie jakby nie wiedzieli, że teoria sportu jest jedna. Trzeba swoje przebiec. Nie ma co liczyć na cuda tylko na nogi, głowę i płuca 🙂 Wiem, bo będąc kobietą próbowałam różnych diet ;). Trening czyni cuda 🙂!

Muszę Wam się przyznać, że jeszcze 2 dni przed Maratonem czułam się okropnie. Zmęczona, niedotleniona, zasypiałam rzucana skurczami na łóżku, a na myśl o bieganiu i interwałach miałam odruchy wymiotne. Byłam pewna, że przesadziłam z treningami i nic z tego maratonu nie będzie… Ten chłop który biegł w starożytności przynajmniej miał w tym jakiś cel. A ja? Przecież nie biegnę nikogo ostrzec, ani ratować. Zdruzgotana zadzwoniłam do trenera. Tłumacząc, że się nie nadaję, że to był błąd i w ogóle to nie wiem czy się nie wycofać! Trener jak dobry psycholog przypomniał, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż bieganie… przejażdżka rowerem 🙂! Pomogło! Na dzień przed startem czułam się już o niebo lepiej.

Dobrze, ale do rzeczy – 14 październik – jest potwornie zimno, pogoda typowo jesienna, na termometrze ok 6 st C, pochmurno. Na szczęście rodzice zdradzili starą biegową tajemnicę – przed utratą ciepła nic nie chroni bardziej niż – duży śmieciowy worek z wyciętym otworem na głowę, którego zaraz po starcie, bez żalu, można się pozbyć. Bezcenne 🙂.

Idziemy na start. Ja i mój „pacemaker” Maciek;). Całe ulice zalane są biegaczami i kibicami. Na starcie około 6 tysięcy wariatów z zamiłowaniem do morderczych i samounicestwiających wysiłków…:) Miło jest patrzeć, jak dla nich wszystkich przyroda wygrywa z kinem czy laptopem :).  Robimy krótką rozgrzewkę. Wraz z Maćkiem znajdujemy osobę która prowadzić ma nas na te 4 godzinki i stajemy trochę przed nią, aby nie biec w tłumie. Kilka metrów od nas ustawia się w szyku bojowym oddział starożytnych Spartan w pełnym uzbrojeniu… A ja narzekam, że nie mam co z żelem zrobić?! 😉 Okazuję się, że wewnątrz peletonu panuje jakaś niewymuszona atmosfera przyjaźni i wspólnoty. Tu wszyscy żartują. Mamy te same cele i obawy. Pokonać siebie i dystans. Trochę mi lepiej…

3…2…1… wystrzał armatni i na moim karku stado mrówek  tańczy ognistą sambę ;). Wolnym tempem, w gigantycznym tłumie rozpoczynamy nasze zmagania z dystansem. W jednej chwili zapominam o wszystkich wątpliwościach jakie miałam przed startem. Po prostu biegnę przed siebie, ciesząc się, że jestem częścią tego wielkiego wydarzenia, które prawdę mówiąc sparaliżowało cały Poznań :).

Gadam z Maćkiem, ale i z przypadkowo spotkanymi biegaczami. Co jakiś czas mijamy a to grupę zagrzewających nas do walki kibiców, a to zespoły muzyczne. Tysiące osób wyszło na ulicę. Dzieciaki wyciągają ręce, żeby im przebić piątki. Normalnie kiedy biegnę sama, po 30 minutach mam w głowie tylko jedną myśl – ile jeszcze do końca? A tu??!!

W takich okolicznościach nogi same rwą się do przodu. Bardziej doświadczony Maciek, szybko hamuję moje samobójcze zapędy. „Poczekaj na 30 km…”

Tymczasem przed nami pierwszy sprawdzian z koordynacji – punkt z żywnością i napojami. Solidarnie sobie pomagamy. Maćkowi wychodzi to perfekcyjnie, nie tracąc prędkości wyszukuje dla mnie ze sterty zielonych bananów, te najbardziej dojrzałe :). Ja dzielę się z nim żelami. Cały czas staramy się dużo pić.

Nadal nie mogę się nadziwić, że ten cały Maraton jest aż tak przyjemny!!! Przecież jeszcze dwa dni temu, gdy Trener próbował mi wmówić, że bieganie ponad 40 km może mieć cokolwiek wspólnego z przyjemnością, miałam ochotę wysłać go do psychiatry(mam nadzieję, że tego nie przeczyta;)), a tymczasem dziś!

Tymczasem kilometry mijają niespodziewanie szybko. Gdzie moje katastroficzne myśli i siadająca psychika? Gdzie wszechogarniający ból?  Co chwila mijamy grupki  dopingujących kompletnie obcych ludzi. Harcerze, całe szkoły, dziewczyny z pomponami, rodzice z dziećmi, staruszkowie…To wielkie przeżycie. Biegniemy z Maćkiem, a ludzie nas oklaskują, dopingują, życzą zdrowia, sukcesów. Nie pozostajemy im dłużni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk na Pucharze Świata! Bardzo miłe chwile i wielka nagroda za tygodnie wyrzeczeń :).

Co więcej zauważyliśmy, że przy taktyce jaką sobie obraliśmy już od 1/3 dystansu właściwie tylko mijaliśmy kolejnych biegaczy. Mimo to Maciek wciąż tłumi moje zapędy. Przypomina, że jeszcze nie znam swojego organizmu, a największą głupotą byłoby teraz docisnąć i paść na końcówce. I tak wspólnie sapiemy sobie dalej :).

Tymczasem mija 30  kilometr i nic. Po raz pierwszy od 4 tygodni czerpię przyjemność z biegu!  Nie ma żadnej ściany!

Na 35 km zaczyna się długi podbieg. Maciek puszcza mnie przodem. Przypominam sobie, że Justyna Kowalczyk zawsze wygrywa na podbiegach, przyśpieszam. Spotykam kolegów triathlonistów z Radkowa.  Z głośników słyszę

http://www.youtube.com/watch?v=WP10GRrVRrY

i  lecę jak Usain Bolt… to znaczy tak mi się wydaje…;)  Widzę jak ludzie słabną w oczach , a ja wciąż biegnę do przodu, co wzmacnia mnie psychicznie i wyzwala dodatkową energię.

Meta! Czuję się jakbym zdobyła … Mistrzostwo Świata! Zrobiłam TO, co jeszcze miesiąc temu wydawało się kompletnie poza moim zasięgiem. Udało mi się zrealizować wszelkie założenia przedstartowe i co najcenniejsze – otrzymałam pochwałę i wyrazy uznania od trenera ;)!!! Ukończenie maratonu to uczucie, którego nie da się z niczym innym porównać. Szczerze mówiąc przekładam to nawet nad magisterkę ;). Może dlatego, że pamiętam ile wysiłku kosztowały mnie przygotowania. Mam w domu różne statuetki, certyfikaty i dyplomy, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że ten jeden medal cieszy mnie szczególnie 🙂.

P.S. Dziękuję ze energię kciukową skumulowaną tu na blogu i w moim telefonie, przydała się bardzo!:)

P.S. Niczym nie zmącona euforia nie trwała jednak długo. Pod prysznicem spotkałam panią w wieku emerytalnym, która sprała mi tyłek o dobre 10 minut…

P.S. Dziękuję Karolinie za trudy znoszenia objawów przedstartowej paniki, cioci za pyszny domowy obiad i Natalii za spacer nad jeziorem :).

Podsumowując te kilka długich miesięcy życie triathlonisty jest wesołe, ale i piekielnie trudne. Ubłocone, upocone, choć endorfinami i emocjami usłane. Nie pasuje tu szampan, nie pasuje winko. Może wódka! Więc Moi Drodzy napijcie się ze mną za ten pierwszy sezon :).

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Olimpia Łabuz i otagowano jako , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (5)

  1. sporciara
    Opublikowano 28 października 2012 at 01:05 | Permalink

    Świetny tekst, ciekawe przemyślenia. Gratuluję wszystkim dołączenia do szacownego grona maratończyków.

  2. Olimpia Łabuz Olimpia Łabuz
    Opublikowano 25 października 2012 at 20:51 | Permalink

    I jeszcze dodam że rozkruszylibyście największego twardziela takim potokiem miłych słów! A ja twardzielką nie jestem… :)Postaram się nie zawieść…

  3. Olimpia
    Opublikowano 25 października 2012 at 20:35 | Permalink

    Dziękuję Wam, znów udało się oszukać degenerację, mimo wszystkich wątpliwości, przeciwności , ograniczeń :)…

  4. Opublikowano 23 października 2012 at 10:55 | Permalink

    Oli, fantastycznie Ci poszło. świetnie to rozegrałaś!!
    Miszczunie się dobrze dobrali!!

  5. Barbara
    Opublikowano 20 października 2012 at 23:22 | Permalink

    Olimpia, gratuluję Tobie i twoim znajomym
    wytrwałości i samozaprcia w dążeniu do celu. Pozdrawiam.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius