Metoda na głoda

 

Piękna plaża, błękitna woda i nieustające cykanie cykad (najchętniej przeniósł bym te cykady na  inną planetę ) przerywały co chwile dramatyczne odgłosy dochodzące z mojego brzucha.

 

– Głodny , znów jestem głody.

Jeszcze kilka dni wcześniej zwracałem uwagę na każdą zjedzoną „białą” bułeczkę. Teraz chorwacki chleb starczał na jedno śniadanie a obiad wydawał sie nieprzerwanym taśmociągiem pokarmu,  który wpadał do mojego gardła nie mogąc zapełnić ciągle pustego brzucha.

 

 Klagenfurcki „Finisz” rozpoczął się w czwartek  o 5 rano. Założenie opasek kompresyjnych i zabranie zegarka  było ostatnią rzeczą, jaka pozostała mi przed rozpoczęciem podróży. Droga jak to droga, czasem kręta, czasem prosta, w zasadzie cały czas asfaltowa.

 

 

 

Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Okazało się, że jako pierwsi dotarliśmy do naszego hotelu. Już na pierwszy rzut oka miasto wydawało się inne od wcześniej mi znanych. Wszędzie ścieżki biegowe, rowerowe, wspinaczkowe, treningowe, MTB, XC… i wszystko co jest w stanie doprowadzić miłośnika sportów do prawdziwego orgazmu.

 Przed nami ostanie 2 treningi. Rozpływanie oraz objazd trasy który mieliśmy zrobić w piątek wraz z całą grupą.

 Pierwszy raz w tym roku nie potrafiłem oprzeć się przed wskoczeniem do wody… to co ukazało się naszym oczom nie było zwykłym jeziorem. Był to zbiornik wypełniony krystalicznie czystą cieczą, która nijak nie przypominała zbiornika w Jelczu, a smak…. nie jedna woda mineralna z butelki smakuje gorzej 🙂 odwodnienie podczas zawodów mi nie grozi… będę pił prosto z jeziora.

 

Mieliśmy odpoczywać… ale kto by odpoczywał gdy4 km dalej znajduje się triathlonowe expo!

 

 

 

Rejestracja przeszła bez najmniejszych problemów. Zdziwiło mnie tylko konieczność zakupienia dodatkowej licencji za 6 EUR , przy takiej wysokiej opłacie startowej organizator powinien już sobie darować dodatkowe opłaty lub wprost dodać te 6 EUR do opłaty startowej.

W pakiecie startowym znajdowały dwa numery startowe, pasek na numer, mapy i niezbędne informatory, kolekcja naklejek na kask i rower, żel pod prysznic i antyperspirant ( czyżbym miał użyć tego przed startem) oraz co najważniejsze wspaniały pamiątkowy plecak.

 – Jesteśmy zarejestrowani – czyli teraz nie ma już odwrotu – za 3 dni startujemy

Zgodnie z zasłyszanymi historiami na 3 dni przed zawodami miałem już nie spać. Coś mi się zdaje, że mój organizm o tym nie widział, bo usypiałem jak tylko moja głowa dotykała poduszki.  Tak działo się już tydzień przez startem… byłem wiecznie śpiący i zmęczony – mimo iż ilość treningów znacząco zmalała – czyżbym miał przespać start ??

Aby mnie dodatkowo uspokoić Olimpia cały czas powtarza, że czytając jedną ze sportowych książek natrafiła na wypowiedź trenera który powtarzał, że senność przychodzi wraz ze szczytem formy – oj naiwny uwierzyłem jej 😀

Objazd trasy, który miał miejsce w piątek okazał się bardzo potrzebnym elementem przedstartowej gorączki. Po pokonaniu dwóch wzniesień i rozmowie z Trenerem, jeszcze w trakcie treningu zatrzymałem się przy sklepie rowerowym, których w Austrii jak marketów w Polsce, i zakupiłem mniejszą tarczę, której w ferworze pakowania nie zabrałem z Polski.

Sobota to czas na ostanie prace przy sprzęcie, zmiana tarczy, sprawdzenie opon, smarowanie, naciąganie linek, mocowanie bidonów – a to wszystko na wspaniałym triathlonowym rowerze udostępnionym nam przez Dolnośląskie Centrum Rowerowe

Idąc do strefy zmian aby odstawić rowery i pozostawić worki z rzeczami czułem się jak prawdziwy PRO.

 

 

Od przyjazdu do Klagenfurtu na wszystko brakowało mi czasu, zawsze sprawy zdawały się zajmować więcej czasu niż zaplanowano. Może z uwagi iż wszędzie było dużo ludzi, a może też dlatego, że robiłem to po raz pierwszy i cieczko jest przewidzieć wszystko…

Odstawienie roweru do strefy zmian, które w Czechach trwało 10 min tu zajęło mi 40min.

 

Sprawdzenie chipu na rowerze, przypisanie do chipu na ręku do tego zdjęcie ( jak z kartoteki policyjnej ) i można wejść do strefy. Najpierw odstawienie roweru, upewnienie się że wiem jak do niego dobiec od namiotu gdzie będę się przebierał i mogłem ruszać do odwieszania worków.

 

Jak to zrobić, aby rano się nie zagubić… najlepiej zachować spokój lub oznaczyć sobie worek – nie pomyślałem o tym wcześniej dlatego pozostało mi tylko zachowanie spokoju 🙂

 

Kolacyjna we włoskiej knajpce  i można powoli udać się do hotelu.  Wieczorem dojechała moja rodzina. Starałem się im wytłumaczyć gdzie będę biegł, w jakich czasach będę chciał się zmieścić jednak chyba sam nie wierzyłem, że przy takiej ilości ludzi i tak olbrzymiej trasie będą w stanie mnie zlokalizować.

 

Noc wydawała mi się bardzo krótka, mimo iż większość czasu przespałem. Śniadanie o 4 rano nie należało do najprzyjemniejszych. Coś trzeba jednak zjeść. Dwie pszenne bułeczki z dżemem, ciemna kawa – to było wszystko co dałem rade przełknąć i co tak naprawdę planowałem zjeść tego dnia. Moja dieta zmieniła się już na 2 tygodnie przed startem. Nadal starałem się trzymać wagę jednak zrezygnowałem z białka na rzecz węglowodanów. Na kilka dni przez startem z diety znikły również produkty z wysokim poziomem błonnika. Nareszcie mogłem się oddać jedzeniu dawno zapomnianych, a bardzo kochanych – bułeczek :D. Śniadanie przed startem miało być lekkie. Energia która będzie mi potrzeba już jest w mięśniach a to co teraz trafi do brzucha może jedynie wydłużyć czas jaki spędzę w toalecie.

Nawet tak ułożonemu i zaplanowanemu człowiekowi jak ja zdarzają się wpadki. Musieliśmy wracać po izotoniki, które zostały w pokoju… całe szczęście, że przypomniałem sobie o tym kilometr od hotelu, a nie w strefie zmian.

Po dojechaniu do strefy poczułem się jak na studiach przed egzaminem… aby zająć „lepsze” miejsce potrafiłem być przed salą kilka godzin wcześniej. Tak samo jak w Klagenfurcie – aby uniknąć niepotrzebnego stresu przed strefą byliśmy jedni z pierwszych.

To co zajmowało wam 10 min, tutaj zajmie wam 30 – słowa trenera jak mantra chodziły mi po głowie. I znów miał racje. Wielkość strefy, sprawdzanie kilkukrotnie czy wszystko jest ok, patrzę na zegarek i mija 30 min od mojego wejścia. Ostanie sprawdzenie toreb i powoli całą grupą udajemy się na start. Jak do tej pory udaje się nam trzymać razem.

Mijana toaleta wyglądała tak kusząca. Mimo braku potrzeby, wolałem zająć kolejkę niż w ostatnim momencie szukać wolnego TOI TOI-a. Moim błędem nie było oczekiwanie w kolejce, tylko wybranie najbardziej obleganej toalety 🙂

W strefie oddawanie worka z rzeczami w których przyszliśmy spotkałem Olimpie, która skoncentrowana już na starcie wysmarowała moją szuję wazelinopodobnym środkiem, aby zminimalizować ilość otarć, które powoduje pianka.

Tłum ludzi ciągnął już tylko w jednym kierunku… Na miejską plaże z której obywał się start. Gdy tam dotarliśmy udało nam się zauważyć start grupy PRO i już po chwili to my staliśmy na piaszczystej plaży dreptając jak pingwiny. Nie wiem jak to się stało ale obok mnie w trzy tysięcznym tłumie znalazła się Olimpia – przeznaczenie 😀 i Maciek 🙂

Padł strzał…

 

 

 

 

 

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Michał Wojtyło i otagowano jako , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius