Mój pierwszy raz – triathlon Malbork

 

Na początek – podsumowanie:

Dystans – 1/4 Ironmana czyli: 950m – pływania, 45km jazdy na rowerze, 10,55km biegu

Pierwsza trójka:
1. Mikołaj Luft – 1:58:13
2. Maciej Kubiak – 1:59:27
3. Michał Siejakowski – 1:59:43

Czas założony: 3:00:00
Czas marzeń: 2:40:00
Mój czas: 2:43:58

A teraz parę szczegółów.

Przygotowania

Do Malborka pojechaliśmy we trójkę, Sebastian zwany Rudym Szatanem, Marta i ja. Seba prowadził w obie strony, dzięki temu mogłem zrelaksować się przed i odpocząć po wyścigu. Na miejscu byliśmy o 9.30, czyli 2,5 godziny przed startem – w sam raz żeby wszystko przygotować i nie mieć za dużo czasu na głupie rozmyślania.

Krótka rozgrzewka rowerowa, a potem przygotowywanie sprzętu w strefie zmian zajęło mi prawi cały dozwolony czas. W koszyku ułożyłem wszystko wg. kolejności – bieganie na dole, sprzęt rowerowy na górze. Buty kolarskie zostawiłem wpięte do pedałów, pompkę przymocowałem do ramy. Bidon napełniony, po wyjściu z wody będę musiał tylko włożyć banana i baton do tylnej kieszonki, a potem kask, okularki, numer i heja! Musiałem być bardzo skupiony, bo w ogóle nie zwróciłem uwagi na stojące już na wieszakach karbonowe cacka z aerodynamicznymi kołami (większość z nich jest warta więcej niż samochody w których przyjechały). Odprawa była krótka i rzeczowa, bez przeciągania i zbędnej gadaniny. Pół godziny przed startem ubrałem się w piankę i dopiero wtedy poczułem jak jest gorąco. Jeszcze tylko buziak na szczęście – od Marty, nie od Seby:) – i już stałem w kolejce identycznie, na czarno ubranych facetów i niestety nielicznych pań.

Wskoczyłem do rzeki i przepłynąłem jakieś 200m. Zawodnicy kłębili się wokół filarów mostu, próbując znaleźć jakiś punk zaczepienia i nie dać się znieś prądowi. W oczekiwaniu na start zaczęliśmy gawędzić, żartować…

W Nogacie

BUM! Woda dookoła się zagotowała. Miałem zaskakująco dużo miejsca, więc po mocnym początku próbowałem znaleźć swój rytm. Zmieniłem stronę oddychania, żeby móc obserwować mur malborskiego zamku (widok był spektakularny!), dawało to dość dobry efekt nawigacyjny. Przy pierwszej boi zrobiło się ciasno, na szczęście nie dostałem żadnych ciosów nokautujących. Trasa powrotna, wyznaczona bliżej brzegu, minęła zaskakująco szybko, za chwilę znowu byłem na nogach. „O, jak dużo rowerów” pomyślałem wbiegając do strefy zmian. Seba krzyczał coś o siedemnastu minutach. Z pianką poradziłem sobie szybko, mimo problemu ze stopami (do przećwiczenia), natomiast założenie numeru startowego zajęło mi aż pół minuty (koniecznie do przećwiczenia).

Kręcimy

Pozostawienie butów wpiętych w zatrzaski okazało się świetnym pomysłem. Wskoczyłem na rower i rozpędziłem się, dopiero potem założyłem najpierw jeden, potem drugi but. Zaczęło się mozolne kręcenie, cały czas jechałem mocno, za mocno. Mimo to kilku zawodników mnie wyprzedziło. Na trzecim kółku dostałem nawet ostrzeżeni od pani sędziny za zbyt bliskie trzymanie się zawodnika wyprzedzającego. Ciekawie było obserwować czołówkę mijającą mnie na pętlach, chociaż przyjąłem sobie za punkt honoru, żeby mnie nie zdublowali – udało się. Przy głośnym dopingu mojej drużyny znów wkroczyłem do strefy zmian. Czapecka, buty i na bieg. Poszło szybko, niestety popełniłem duży błąd -z zegarek z pulsometrem został na kierownicy, co oznaczało, ze cały bieg pokonam na „ślepo”.

Gorąco i ciężko – a biec trzeba

Starałem się zacząć spokojnie, ale wiedziałem już, że rower kosztował mnie zbyt dużo. Nogi były sztywne, stopy zdrętwiałe. Pierwsze kółko poszło jeszcze dość dobrze, ale na następnym zaczęły łapać mnie kolki i nie dałem rady biec. Maszerowałem, a kiedy ból ustępował odrobinę, próbowałem biec dalej, z marnym skutkiem. Pewien kibic, zmęczony już lekko słońcem, siedział na ławeczce i dopingował wszystkich zawodników. Kiedy zobaczył mnie idącego, zapytał rzeczowo:
-Skurcze?
– Tak – odpowiedziałem z grymasem bólu, na co on wyszeptał konspiracyjnie:
– Mam piwo…
Uprzejmie odmówiłem, przecież byłaby to zakazana w regulaminie pomoc z zewnątrz 🙂
Wiedziałem, że czas ucieka. Znalazłem pozycję w której boli najmniej i znów zacząłem truchtać. Nie wiedziałem ile straciłem, ale honorowe 3 godziny wydawały się już nie do osiągnięcia. Na nawrocie na ostatni kółko moja wierna drużyna zdzierała gardła: „Dawaj, jest dobrze, urwij jeszcze chociaż pięć minut” – a moja podsycana niewiedzą psychika zinterpretowała to tak: „Muszę biec na jakieś 3:15:00 skoro karzą mi urwać aż tyle”.

Kolki przeszły, za to pojawiła się myśl, żeby może sobie podejść kawałek, w końcu to i tak nic nie zmieni. Po ostatnim nawrocie rzeczywiście zrobiłem parę kroków, ale zaraz usłyszałem za plecami zdecydowany kobiecy głos: „Ironman nie człapie!”.(Autorką tego jakże motywującego okrzyku była Marta Płowaś, późniejsza zwyciężczyni grupy K35. Dziękuję!) Trudno się było nie zgodzić, więc znowu zacząłem biec. Mimo zbliżającej się mety nie mogłem przyspieszyć, nie miałem już sił. W końcu zobaczyłem zegar ustawiony na finiszu, na środku pulsowała cyfra 43, nie mogłem w to uwierzyć!

Koniec

Za metą dorwałem butelkę wody i wypiłem duszkiem. Wynik był niezły, ale od razu zacząłem analizować, gdzie mogłem urwać dodatkowe minuty. Rozmyslania zakończyłem z wnioskiem – trzeba trenować więcej!

Co się udało, a co nie

Bardzo dobrze poszły mi zmiany, przede wszystkim przez to, ze w ogóle zrezygnowałem ze skarpetek, zarówno na rowerze jak i na biegu. Buty wpięte w pedały pozwoliły mi oszczędzić czas w T1, a patent z zaciskami na sznurówkach (nie trzeba wiązać) skrócił pobyt w T2. Co prawda zamieszanie z zakładaniem numeru startowego kosztowało mnie sporo czasu, ale jest to element łatwy do wyćwiczenia. Zupełnie zawaliłem natomiast odrzywianie, jadłem i piłem za mało, szczególnie w tak upalny dzień. Jechałem za mocno na rowerze i zapomniałem zabrać zegarek na bieg, chociaż wcale nie jestem pewien, czy znając czas i tętno pobiegł bym szybciej.

Na koniec chciałbym podziękować mojej drużynie:
Martuś, Seba, naprawdę mi pomogliście, na każdym nawrocie słyszałem wasz doping i dawałem z siebie wszystko żeby nie poszedł na marne. Ten start dedykuję Wam.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Wojciech Górecki i otagowano jako , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (4)

  1. Monika
    Opublikowano 10 lipca 2012 at 22:16 | Permalink

    Brawo gratulacje:) a gdzie była Jagoda?:)

  2. Bulba
    Opublikowano 2 lipca 2012 at 13:22 | Permalink

    Gratulacje i powodzenia!

  3. Michał
    Opublikowano 1 lipca 2012 at 21:33 | Permalink

    Przetarłeś szlaki 😉 teraz nasza kolej 🙂

  4. Kdarek
    Opublikowano 1 lipca 2012 at 14:08 | Permalink

    Brawo Wojtku,
    teraz już z każdym startem będzie łatwiej. Z analizy międzyczasów wnoszę, że pływanie jest najmocniejszą stroną, lub że pływanie i rower zabrały Ci zbyt dużo sił.
    Powodzenia w Radkowie.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius