Nie rób tego w domu…

Kilka dni temu pisałem o tym, że chcę wystartować w 35. PKO Wrocławskim Maratonie. Co do startu miałem wiele obaw, trening, dieta, kondycja nic z tych rzeczy nie było szykowane pod królewski dystans biegowy. Jako, że mam coś w sobie co nazwałbym ciekawością świata i własnych możliwości postanowiłem wystartować. Dzień wcześniej odbyłem jeszcze rozmowę z trenerem Pawłem, który dodał otuchy (w sumie to dodawał przez całe poprzednie 2 tygodnie, bo zadawałem mu tysiąc pytań).

Wstałem 7 rano, owsianka standard, 2 żele w pasek, numer, koszulka, spodenki. Pogoda nie zachęcała, więc ubrałem stare dresy i poszedłem z buta na maraton. Trochę mi to zajęło, bo odległość od miejsca gdzie mieszkam do miejsca startu to prawie 8km. Na miejscu, pożyczyłem od kogoś plastry – bo wszyscy mówią, ze pod koszulką najłatwiej się obetrzeć. Na depozyt nie było czasu, więc ciuchy schowałem na topoli koło rozdzielni elektrycznej 😀

Na starcie ustawiłem się na szarym końcu, bo celem był nie czas, a pokonanie dystansu i uniknięcie kontuzji. Dziś mogę powiedzieć, że to była jedna z bardziej szalonych i nieświadomych decyzji – takich z rodzaju – nie rób tego w domu… Pogoda okazała się sprzymierzeńcem, 16 stopni idealnie pozwala ciału na oddawanie ciepła, nie za zimno, nie za gorąco, nic tylko biec przed siebie. Jak w tym powiedzonku – jaki jest sposób na ultra maraton? powtarzać lewa noga prawa noga. Nie robiłem analizy trasy, więc biegłem za wszystkimi i zwiedzałem 😀 To co mnie zaskoczyło to powolne tempo, coś w okolicach 6.00 i tak sobie dreptałem.  Pierwsze 19 km, naprawdę minęło tak szybko, że byłem w szoku, cyfry na znacznikach odcinkowych zmieniały się jak we śnie. Pierwszym poważnym punktem był StadionMiejski 25 km, nogi zaczęły odczuwać ten bieg, jednak w głowie miałem słowa trenera „nie stawaj” „cały czas biegnij” „biegnie się głową”. Koło 30 – 35 km miała pojawić się ściana, na szczęście nigdzie jej nie spotkałem, po lewej i po prawej radośnie dopingujący kibice. Przy 37 km, poczułem że moje stawy nie są wytrenowane i zaczął się pierwszy ból, trener uświadamiał, że to może boleć, wiec biegłem dalej. Od 37 miałem też indywidualny support który ciągnął mnie metr za metrem, motywacja zyskała nowy wymiar 😉

Później ostatnia prosta z Kochanowskiego na Stadion Olimpijski, końcówka to wydłużenie kroku, wyraźne przyśpieszenie. Meta! Udało się pierwszy maraton zrobiony! 42.195km! Jedyne uszkodzenie to pęcherz na jednym z palców.

PS>Na następny maraton się przygotuję! Warto robić treningi i warto czerpać z nich satysfakcje

PPS>Poniżej zdjęcie z maratońskimi maskotkami 😉

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Bez kategorii, Krzysztof Borowiecki i otagowano jako , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink. Dodaj komentarz lub dodaj odpowiedź (trackback): Trackback URL.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*

Możesz używać tagów i atrybutów HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius