Nocny Półmaraton

Oczywiście ja również muszę (i chcę 🙂 ) skrobnąć parę słów o Naszym ostatnim bieganiu. Wrocławski Nocny Półmaraton to w ogóle moja ulubiona impreza biegowa. Nie, żebym zaliczył niewiadomo ile biegów i niewiadomo gdzie, ale jestem pewien, że takiej atmosfery i takiego ścigania nie ma nigdzie indziej na świecie 🙂 A na pewno nie z taką ekipą…

Mimo dobrych rad wszystkich dookoła jak co roku (mój trzeci start w tej imprezie) na miejsce wybrałem się samochodem. I oczywiście jak co roku napotkałem korki, także już na ‚dzień dobry’ trochę stresu z dotarciem na czas, niekoniecznie samego biegu ale do Biura Zawodów, gdyż „sierota” – ja nie odebrałem w piątek wraz z pakietem startowym koszulki… No comments… Więc śpieszyłem, żeby jeszcze to zrobić przed 21. Oczywiście na czas nie dotarłem, ale ku mojemu zaskoczeniu Biuro Zawodów było jeszcze otwarte. Koszulka odebrana, jest git!

W planach miałem spotakać się z ludzikami z RAT, ale jak się okazało nie było to takie łatwe…, a czas naglił. Porzuciłem początkowy plan i wziąłem się za krótką rozgrzewkę. Przed samym startem startałem się jakoś specjalnie nie napalać na konkretny czas, ale założyłem sobie jednak, że poniżej 1:50 musi być i nie ma zmiłuj. Nauczony doświadczeniem z zeszłego roku po ciężkiej przeprawie grzecznie stanąłem w swojej strefie, tak żeby na oku mieć baloniki z magicznym 1:50 🙂

Mimo niewysokiej temperatury – chyba w granicach 16 stopni, chłodno bynajmniej nie było! Ilość startujących była zawrotna. Poprostu ramię w ramię. Czekając na start nagle słyszę…”Andrzej, Andrzej” Odwracam się…i kogo widzę? Wanda, Gosia i Arek! Co za niespodzianka! Super są w tej samej strefie, raptem 2 metry za mną. Naprzykrzając się paru osobom po drodze udało mi się do nich przepchnąć. Extra! To oznaczało jedno… „lecimy” razem!

Szybka wymiana zdań odnośnie strategi. Cele mamy podobne więc i tempo będzie podobne. Zaraz po przekroczeniu lini startu przywitał Nas deszcz. Ok, może nie tego się spodziewałem, ale nie ma się czego bać, nie w takich warunkach się trenowało 😉

Z powodu bardzo dużej ilości startujących niestety pierwszy kilometr przebiegliśmy z niedoczasem. Poprostu nie byliśmy w stanie się przepchnąć przez chmary biegaczy i „wbić” na nasze tempo. Więc pomalutku zaczęliśmy nadrabiać od kilometra numer 2. Muszę przyznać, że wspólny bieg bardzo mnie zmotywował i dodał dużo energii. Zresztą co tu dużo mówić – towarzystwo doborowe! 🙂

Już od pierwszy kilometrów biegło mi się wyjątkowo dobrze, nogi niosły, żadnych problemów żóładkowych…czyżby zapowiadał się dobry dzień? 🙂 Jednak czały czas starałem się nie napalać przedwcześnie, przecież to dopiero pierwsze kilometry i w sumie wszystko się może zdarzyć.

Z powodzeniem i w dobrym, równym tempie biegliśmy razem z dziewczynami do ok. 12 kilometra (Kolega Arek gdzieś po drodze się zawieruszył, ale znalazł się zaraz po przekroczeniu mety 🙂 ). I tutaj wielkie dzięki dla dziewczyn: Wandy i Gosi! Było super i oby tak częściej i więcej! 🙂 Później niestety rozłączyliśmy się i zaczął się już bieg solo w kierunku mety. Bez żadnych specjalnych dolegliwości żwawo pokonywałem kolejne kilometry. Prawidziwa „zabawa” zacząłe się na 19 kilometrze (teraz troszkę żałuje, że dopiero wtedy, ale o tym zaraz 🙂 ), w dodatku mniejwięcej wtedy też wypatrzyła mnie moja dziewczyna która okrzykami dodała mi power’a na końcówkę! Wtedy mocno zwiększyłem tempo, bo wiedziałem, że meta jest już zaraz i teraz nic nie będzie mnie w stanie zaskoczyć 🙂 Na 20 km dogoniłem… Bartka!, który też zaserwował mi spory zastrzyk pozytywnej energii. Później już tylko prawdziwe ściganie do mety. Z tego co pamiętam to na ostatnim kilometrze z kawałkiem nie wyprzedził mnie już nikt, a ja doganiałem kolejnych biegaczy – albo to tylko takie moje wrażenie! 😉

Finish… wbiegam na Stadion Olimpijski, pierwsze na co zwracam uwagę to bardzo mocne światła – poczułem się jak Olimpiadzie! 😉 Naprawdę super uczucie i tutaj duże podziękowania kieruję w stronę organizatorów. Pomysł bomba!

Potem już ostatnie 100-150 metrów i meta! 🙂 Szybki rzut okiem na zegarek… 1:46:31! (do tej pory się zastanawiam czemu mój wynik z zegarka różni się od oficjalnego – 1:46:50 o prawie 20 sekund… hmmm?). Plan wykonany! Życiówka pobita o ponad 10 minut!

I tutaj niespodzianka, czułem się naprawdę rześko, owszem nogi były cięższe niż zawsze, ale nie żebym był wykończony czy coś w tym stylu (tak jak to było rok temu 🙂 ) I tutaj zdałem sobie sprawę z jednego…, byłem w stanie pobiec zdecydowanie szybciej! Także mały niedosty pozostał 🙂

Ale przecież za rok też pobiegnę i znowu będę starał się pobić życiówkę! 🙂

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Andrzej Nowak, Bez kategorii i otagowano jako , , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius