Pierwotny charakter

Od narodzin Rat-u wprowadzony został kult prowadzenia dzienniczków treningowych i skrupulatne gromadzenie w nich danych. Analizujemy dystans, tempo, tętno ostatniego treningu. Zupełnie tak jakbyśmy wychodzili z założenia, że jeśli nasz dzienniczek będzie wypełniony wzorowo, występ na zawodach też będzie na medal ;)…

Kiedyś „w poprzednim wcieleniu” uwielbiałam długie wycieczki rowerowe. Braliśmy bułki do plecaka, skrzykiwaliśmy znajomych i na rowerach przemierzaliśmy nieznane nam szlaki. Po wielu godzinach jazdy docieraliśmy do celu naszej podróży kompletnie wyczerpani, spoceni i głodni, ale szczęśliwi. Nie mieliśmy pojęcia jaki dystans pokonaliśmy, ile spaliliśmy kalorii, jakie mieliśmy maksymalne tętno. Nie mieliśmy pulsometrów, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowaliśmy na naszych odczuciach. Wszystko miało spontaniczny charakter, dokładnie taki jaki sport i przygoda mieć powinny. Stopniowo odkrywałam tam prawdziwą siebie.

Poznawałam ludzi szalonych, pełnych pasji. Razem przemierzaliśmy jabłkowe sady gór Kocich niejednokrotnie wracając do domu obładowani owocami poupychanymi w kieszeniach koszulek. Opychaliśmy się czereśniami tak soczystymi, iż powinno się je jeść tylko w wannie, jest się w soku po łokcie ;). Kiedy indziej z rowerami pod pachą przedzieraliśmy się przez gęsty las, usiłując ominąć strażników w drodze na Śnieżkę (wjazd rowerem na teren Karkonoskiego Parku Narodowego jest zabroniony).

 

 

 

 

 

 

 

Przemierzaliśmy różne pasma górskie. Z Borówkowej (http://www.borowa.gamasoft.pl/index.php?dx=102 ) zamiast na stronę  Polską zjechaliśmy do Czech, co oczywiście wiązało się z ponowną mozolną wspinaczką prawie na sam szczyt.  Innym razem zjeżdżając z Wielkiej Sowy zabłądziliśmy myląc szlaki. Przed spędzeniem nocy w lesie uratował nas sympatyczny tubylec w pikapie.

W Bieszczadach mieliśmy spotkanie oko w oko z  Żubrem.

Przeprawialiśmy się przez rzekę. Brodziliśmy w błocie po kolana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W strugach deszczu braliśmy udział w pielgrzymce rowerowej do Częstochowy

a czasem zabieraliśmy rowery trochę dalej…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uwielbiałam wszystkie te wyprawy, które nieraz trochę nam się przedłużały. Chwilami nie było łatwo…

Sport stawał się dla mnie prawdziwym źródłem radości, siły, wytrwałości, zaradności i niezależności.

Właśnie w niedzielę, trener skazał co po niektórych na 480 minut tortur na siodełku rowerowym 😉 Wniebowzięci (?!)pomknęliśmy z Michałem na przełęcz Walimską przez Tąpadła, Świdnicę, Zagórze. Od rana klekotały bociany, ptaki przekrzykiwały się bezustannie, jakby nerwowo, przypominały wściekłych posłów w polskim sejmie. Rzepakowych pól zatrzęsienie. Obejrzeliśmy z Michałem fasady i ogródki wszystkich domków w mijanych wsiach, wdrapaliśmy się na kilkanaście górek (rowery powinny mieć możliwość napędu na 2 koła) i dojechaliśmy do centralnego punktu w Walimiu, czyli spożywczaka, sycąc głód Big Milkami.  I  wspięliśmy się na tą wielka góra, której końca nie było widać, choć tyłek bolał od sadystycznego siodełka ;). I znów śmialiśmy  się, gdy któreś z nas padło trupem ;). Istne wariactwo. Ale najlepszy i tak był finisz na przełęcz. Michał jest już na tyle dobry, że ściganie z nim graniczy z cudem. Więc dłubie sobie w większości przypadków sama, podziwiając oddalającą się sylwetkę. A podziwiam tylko wtedy, gdy mam siłę podnieść głowę 😉 Taka praca tlenowa w górach 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

Oczywiście, musimy traktować triathlon poważnie, a znajomość własnego organizmu jest bardzo ważna, ale czasem ważniejsza jest zdolność do czerpania radości z wiatru we włosach, do cieszenia się samą istotą uprawiania sportu :). Chciałabym bardzo, by za lat kilka ruch sprawiał nam taką właśnie frajdę…

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Olimpia Łabuz. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (5)

  1. Ania
    Opublikowano 28 maja 2013 at 12:36 | Permalink

    W sporcie, tak jak w życiu liczą się chwile okupione ciężką pracą. Zdarza się, że wiatr dmucha nam w pelcy, a czasami prosto w oczy. Za tą konsekwencje i skromność- SZACUNEK Olimpia. Pozdrawiam A.R.

  2. Olimpia Łabuz Olimpia Łabuz
    Opublikowano 28 maja 2013 at 09:07 | Permalink

    Dziękuję Wam…rozkruszylibyście największego twardziela takim potokiem miłych słów… 😉

  3. Agga
    Opublikowano 27 maja 2013 at 09:34 | Permalink

    Olimpio – wczoraj skojarzyłaś mi się z Ateną – dzielną i mądrą – kolejny dobry tekst i jeszcze lepsze wyniki sportowe – gratulacje

  4. All
    Opublikowano 26 maja 2013 at 01:37 | Permalink

    Olimpia – przeczytałam dzisiaj wszystkie Twoje wpisy… od początku. Poryczałam się.
    Gratuluję, zazdroszczę i trzymam kciuki 😉

  5. Jerzu
    Opublikowano 25 maja 2013 at 18:15 | Permalink

    Za dużo tekstu,nie dałem rady,za to zdjęcia są świetne:)

    A nowe buty- masz najdroższe i najładniejsze we Wro :)pozdro

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius