„Piętrzenie” – rękopis odnaleziony ( 2 )

 

Opuściłem się nieco w pisaniu , ale postanowiłem to nadrobić i sięgam pamięcią do „przeszłego” tygodnia dokładnie odnotowanego w dzienniczku treningowym. Działo się ,oj działo. W sobotę przebiegliśmy półmaraton.

 

Zmęczeni ale też zadowoleni z poczuciem umiarkowanej dumy wróciłem do domu i przypiąłem trzeci biegowy medal na „słomiance”

Rankiem w niedzielę skrzyknęliśmy się z Olimpią i Michałem na spokojny trening rowerowy. Zaprosiłem Darka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tym sposobem nasz mini peleton składał się z trzech fachowców i jednego początkującego Ogona czyli mnie. Nóżki bolały bo wcześniejszym bieganiu, ale zacisnąłem zęby i postanowiłem wytrzymać. Piszę z pewnej odległości w czasoprzestrzeni, stąd niezwykłe odkrycie z tego dnia.

 

 

Kolarstwo jak żeglarstwo, trzeba umieć korzystać ze sprzyjających wiatrów, lub ich unikać gdy starają się nam przeszkodzić. Znaleźć się 5-10 cm od koła poprzednika w jego kilwaterze ( raczej kil-bicyklo-windzie J ) a czasem z boku w wachlarzu.

Mądre to były nauki i oczywiści kadencja, kadencja i to co najmniej 90 na min. Halsować na rowerze trudno, bo asfaltowa droga nie dawała wyboru. A najważniejsze to nie odstępować grupy, bo pozostanie zamienia się po chwili w stratę ,która jest już nie do odrobienia. Pedałowaliśmy i pedałowaliśmy i zrobiło się 80 km.

Wieczorem moje nogi zrobiły się gumowate, półmaraton i rowerek  dały w kość, ale nie na tyle by nie wybrać się na miła kolację do osiedlowej knajpki. I żeby nie było ,że jakieś wielkie odstępstwo od diety; carpaggio wołowe i woda mineralna.

W poniedziałek rano nie udało się już normalnie chodzić po schodach. Mieliśmy zaplanowany trening na basenie. Zebraliśmy się w czwórkę ( Michał, Marcin, wojtek i ja). Każdy z nas miał zrobić wynik na 800 m. z międzyczasami  na 100, 200, 400 m. Pływałem z uczuciem silnego zmęczenia i z myślą kiedy to się wszystko skończy. Wynik nie mógł być dobry. Do domu wróciłem wykończony. Po raz kolejny najważniejszą kwestią stała regeneracja. Po basenie mam masaż. Tym razem kostkami lodu. To daje pewną ulgę, godne polecenia.

 

 

 

 

 

 

 

W czwartek nie jestem w stanie dotrzeć na stadion za dnia. Mogę o 19 ale robi się ciemno i decyzja trenera mam test zrobić sam.

Pogoda się załamuje, silny wiatr, zimno. Biegam wieczorem swoje zwykłe 8 km w tempie 5:35 min/km. Masakra po 5 km, dosłownie wymiękam i wlekę się powoli  do domu.

Wiem ,że kolegom z RAT test Conconiego nie poszedł najlepiej. Może są zmęczeni tak jak ja?

Piątek bez treningu, muszę odpocząć…

 

 

 

 

 

 

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (2)

  1. Marcin Pacholak
    Opublikowano 19 kwietnia 2012 at 00:24 | Permalink

    jesteście wielcy! trenujcie dalej:) Brawo Maćku!

  2. Michał Wojtyło Michał Wojtyło
    Opublikowano 18 kwietnia 2012 at 13:26 | Permalink

    Oczy mi się świecą jakbym na dopingu leciał 🙂

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius