Pod wiatr

Niby po mojej infekcji ślad zaginął, ale jednak nie wszystko układa się ostatnio tak jak bym sobie tego życzył. Z przyjemnością i wielką chęcią wróciłem do treningów, ale „początki” jak to początki po przerwie nie są takie łatwe. Nawet nie chodzi już tutaj np. o sam reżim porannego wstawania, tudzież planowania całego dnia, tak żeby wykonać trening, bo do tego się już na tyle przyzwyczaiłem, że dwutygodniowa przerwa nie jest w stanie tego „zepsuć” 😉 Ale tym razem lekko psychicznie zniszczył mnie fakt, że w 2 tygodnie moja wydolność poleciała prawie na „łeb i na szyję” Co prawda zmagam się jeszcze z lekkim „upośledzeniem” zdrowotnym mojego organizmu, ale nie spodziewałem że aż tyle się może zmienić – na niekorzyść w tak krótkim czasie.

Ale to jeszcze nie koniec fascynujących „przygód” i nowości z ostatniego 1.5 tygodnia ;)…

CZWARTEK

Na salce okazało się, że pod koniec zajęć podczas lekkiego truchtu moje tętno dobiło do 150. Zdecydowanie nie jest to wartość, której bym się spodziewał truchtając.  Do tej pory zwalam to na nieprawidłowy odczyt z zegarka. I mam nadzieję, że tak właśnie było. Bo mimo tego, że dostałem po czterech literach, to jednak nie umierałem i byłem w stanie bez problemu nadążyć za grupą, więc chyba nie mogło być tak źle 😉

PIĄTEK

Fakt, że jednak było ostro w czwartek odczułem dość szybko – dnia następnego na basenie. Z racji tego, że w ostatnim czasie nasze pływackie treningi nabrały dość mocnego tempa,  mięśnie naprawdę muszą pracować pełną parą żeby wykonać zadanie w 100%. Ja tego dnia „poleciałem” chyba na 120%. Jakieś 10 min przed końcem treningu dostałem takich skurczy, w lewej nodze, że nie byłem w stanie ich opanować! Gdzie normalnie nauczyłem sobie doskonale z nimi radzić nawet podczas pływania. Nie tym razem… Musiałem wyjść z basenu i powalczyć o powrót pełnej sprawności. Hmm…?

NIEDZIELA

Powracamy do najbardziej „zagadkowej” dyscypliny – biegania. Tutaj miałem największe obawy co do formy i możliwości mojego organizmu po przerwie. Nie przepadam za bieganiem na bieżni, mimo sporych zalet wykonywania takiego treningu, więc zdecydowałem się na spróbowanie swoich sił na zewnątrz.

Trening zakładał długie wybieganie w drugiej strefie – czyli truchtanie przez 20 km 🙂 No i pierwsza niespodzianka, chociaż po czwartkowej salce można było się tego spodziewać. Utrzymanie się w drugiej strefie praktycznie graniczyło z cudem. Biegnąc 6:30 tętno właściwie nie chciało spaść poniżej 130. To około 35-40 sekund gorzej niż normalnie!! Pomyślałem, że wcześniej wypita kawa mogła mieć na to jakiś wpływ, ale, żeby aż tyle! Niestety nie było na to żadnej rady jak podprządkować się wskazaniom i robić swoje. Tętno szalało, ale truchtało mi się bardzo przyjemnie… do 10 km. Początkowo lekki ból z prawej strony kolana, który oczywiście postanowiłem rozbiegać (brawo ja! 😉 ) przekształcił się w bół który nie pozwalał mi dalej kontynuować. Powrót do domu był brutalny – 3km spacer w towarzystwie przeszywającego, zimnego wiatru.

PONIEDZIAŁEK

Diagnoza na stole u fizjoterapeuty była prosta i jednoznaczna – problemy z powięzią biedrowo piszczelową. Temat niestety dobrze mi znany. Jak się potem szybko okazało przerabiany ostatni raz w maju. Po mocnym wymasowaniu zalecenia te same co ostatnio – dużo rozciągania i dużo rolowania. No tak… Chyba w końcu najwyższy czas na stałe się zaprzyjaźnić z „Panią rolką” 🙁

WTOREK

Nie będę się tutaj mocno rozwodził… dostałem po… poranny trening na basenie nie należał do najlżejszych 😉

Z racji kontuzji niestety musiałem opuścić moje ulubione podbiegi 🙁

ŚRODA

Tym razem z treningu wyeliminowały mnie problemy z żółądkiem… Jak to mówią… jak nie urok to… (na szczęście obyło się bez 😉 )

PIĄTEK

Hura znowu basen! Naprawdę cieszyłem się na myśl o piątkowym pływaniu. Po pierwsze dlatego, że od wtorku prawie nic nie robiłem poza brzuszkami w domu i czwartkowym porannym truchtaniem wraz z ćwiczeniami biegowymi, a po drugie dawno nie widziałem naszej RAT’owej ekipy. Chociaż nasze spotkania często są bardzo krótkie i tylko na czas treningu to jednak uda się chwilę porozmawiać i zrobić szybki update news’ów.

Zaraz po 18 zacząłem dziarsko pakować się na basen i nagle… zorientowałem się, że nie mam sprzętu! Torba ciężka ale w środku pustka (wagę robiła butelka z wodą :/ ) No to pięknie! Zostawiłem wszystkie moje gadżety pływackie na Wejcherowskiej we wtorek rano. Szybki telefon na obiekt… cisza… druga próba… to samo. Zabieram się i jadę. W głowie kalkuluję ile będę musiał wydać na nowe rzeczy. Bez conajmniej 200 zł się nie obejdzie… 🙁 Przyjeżdżam, pytam i ku mojemu zaskoczeniu JEST! Haha! 🙂 Nie pozostało mi nic innego jak trening tego dnia wykonać samemu 🙁

DZISIAJ

Niedziala jak to niedziala, trzeba pobiegać… 🙂 Nauczony doświadczeniem poprzedniego tygodnia postanowiłem się zabezpieczyć i do parku podjechałem samochodem, żeby wrazie czego nie wracać na piechotę. Czułem, że nie jestem jeszcze w pełni sił, szczególnie, że od Pani Fizjoterapuetki usłyszałem, że „…w normalnych warunkach 2 tygodnie bez biegania”. Niestety był to strzał w przysłowiową dziesiątkę… Zaraz po 9 km zeszłotygodniowe dolegliwości wróciły… Tutaj już nie było nawet chwili na zastanowianie się co robić. Przerwałem trening i z miną zbitego psa wróciłem do samochodu 🙁 Teraz czekam na jutrzejszą wizytę i masowanko 🙁

Jak widać los ostatnio postanowił mnie trochę potestować… Co z tego testu wyniknie zobaczymy. Ale mam szczerą nadzieję, że to już koniec, bo nie wiem jak długo jeszcze zniosę takie numery 😉 Chociaż jak to mówi pewne przysłowie… co Cię nie zabiję to Cię wzmocni… Oby tak właśnie było.

Droga do zostania „człowiekiem z żelaza” nie jest usłana różami…

A.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Andrzej Nowak, Bez kategorii i otagowano jako , , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius