POŁOWICZNY SUKCES

Wiem, że trochę późno, ale chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami na temat startu w Kościanie. Dla naszej grupy były to zawody zamykające sezon startowy. Podobnie jak w Śremie, wystartowałem na dystansie ¼ IM. Tym razem pogoda była bardziej łaskawa: nie padało wiatr wiał z mniejszą siłą, było cieplej. Tylko woda była bardzo zimna, ale od czego w końcu jest pianka. Istotna różnica między tymi dwoma startami miała miejsce na trasie biegowej. W Śremie mieliśmy klasyczną nawierzchnię asfaltową, natomiast w Kościanie pętla biegowa umiejscowiona była w lesie i prowadziła leśnym duktem.

Jadąc na zawody miałem przed sobą tylko jeden cel – poprawić rezultat ze Śremu. Zadanie to zrealizowałem. Poprawiłem się o sześć minut, ale mimo wszystko wracałem do domu z mieszanymi uczuciami, ponieważ jak to zwykle bywa i w tej beczce miodu można było znaleźć łyżkę dziegciu…. A nawet dwie.

Ale do rzeczy moja taktyka była jak zwykle prosta: Wyjść z wody…  I znowu się udało. Ba nawet poprawiłem czas o pięć minut, ale i tak traktuję to jak porażkę, ponieważ odpuściłem całkowicie kraula i cały dystans przepłynąłem żabką. Można powiedzieć, że skapitulowałem już przed startem: zrezygnowałem z kraula na rzecz osiągnięcia lepszego wyniku – wiedziałem, że żabką popłynę szybciej.

Rower również poprawiłem ( o cztery minuty) i tutaj chyba nie mam się czego doczepić. Tempo było przyzwoite i adekwatne do ostatnio odbytych treningów. Może mogłem trochę mocniej przydusić, ale odczułbym to podczas biegu, a ten i tak nie był dla mnie komfortowy.

No właśnie bieg to ta druga łyżka dziegciu. Tego dnia nie biegło mi się dobrze i nie będę zwalał winy na nawierzchnię. Po prostu wyszło przepracowanie i brak treningów. Tym razem bieg ukończyłem w czasie o cztery minuty gorszym niż w Śremie, a i tak uważam, że był to dla mnie łagodny wymiar kary. O tym jak źle biegło mi się w Kościanie niech świadczy fakt, że do momentu przekroczenia linii mety byłem przekonany, że nie poprawię rezultatu ze Śremu.

Podsumowując, w Kościanie zrobiłem tzw. życiówkę, ale nie wszystko poszło tak, jakbym chciał. Może to i dobrze, bo przynajmniej nie grozi mi popadnięcie w samozachwyt. A tak jestem już psychicznie przygotowany na mnóstwo ciężkiej pracy w kolejnym okresie przygotowawczym, a dzięki odbytym startom mam mnóstwo materiału do analizy i lepszy przegląd sytuacji.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Bez kategorii, Paweł Kiełbasa. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius