Przygotowań ostatnich wspomnienia… cz.1

Trochę się działo w ostatnim czasie zarówno w życiu zawodowym jak i sportowym. Skupmy się na sportowym 🙂

VII Leszczyński Maraton Rowerowy.
W zeszłym roku nie uzyskałem zadowalającego mnie wyniku, co postanowiłem odrobić w tym.

Nie udało się stanąć w pobliżu linii startu (właśnie ze względu na słaby zeszłoroczny wynik) i to zaowocowało podczas reszty wyścigu. Czołówka ruszyła mocno ja oddzielony różnej maści „zawodowcami” starałem się szybko przebić do przodu. Nie było to łatwe, ścisk jaki panował w peletonie i kolarska masa zapełniająca szczelnie całą szerokość dostępnej jezdni była mało elastyczna pod tym względem. Przód oderwał się, pozostając w zasięgu wzroku, ale jednak zaczął się systematycznie oddalać. Rzuciłem się w pogoń. Kilkuosobowa grupa również miała podobny plan i razem powoli zaczęliśmy odrabiać straty. Reszta „drugiego” peletonu także podjęła walkę i gdy już nas wchłonęli zaczęliśmy sunąć wspólnie, w większym niż początkowo tempie, przez co przybliżyliśmy się do „pierwszego” peletonu. Wtedy znów rzuciłem się do samotnej walki i z ciężkim oddechem schowałem się za ostatniego z czołówki.  Udało się, ale okupiłem to sporą zadyszką i nie mogłem przez pewien czas kontynuować prób opuszczenia ogonka i przeciśnięcia się kilka miejsc do przodu. Gdy mięśnie i oddech wróciły do, nazwijmy to, normy zobaczyłem z przodu Wojtka i Olimpię i zacząłem znów próbować przesuwać się do przodu.

W międzyczasie pogoda nie rozpieszczała i smagała drobnym, ale niekoniecznie dobrze współpracującym z nawierzchnią drogi, deszczykiem. Zaczęły się uślizgi i upadki.

Facet przede mną „wywinął takiego orła”, że do dziś boli mnie jak sobie wspominam. Kierując jedną ręka i rozpakowując batonika drugą, ledwie zdążyłem puścić owego, chwycić kierownicę i wyhamować. W steku słów na „k” lecących zewsząd prosiłem w myślach jadących za mną o równie sprawne operowanie hamulcami… udało się, no może poza moim batonikiem rozjechanym przez kolarzy za mną 🙂

Ślisko się zrobiło, a moje „slicki” nie za bardzo na takie warunki. Znów jakaś panika przede mną, wciskam klamki i czuję, że tył idzie w przód. Puszczam klamkę, prostuję, poprawiam hamowanie.  Za chwilę jakiś kolega podjeżdża z boku, klepie mnie po ramieniu i mówi:

– Myślałem, że mam silne serce, a tak mi wali, że nie jestem już tego pewien.
Okazało się, że podczas mojego „manewru” jechał tuż za mną i oczami wyobraźni już widział jak mnie „kasuje”.

Jakiś czas spokoju, jazda szybka. Potem znów charakterystyczne „trzaski” i przekleństwa 🙂
Uciekam na lewo. Po prawej mijam Wojtka, podniósł się i ogląda rower. Wołam czy wszystko z nim w porządku, odkrzykuje, że jest dobrze, lecę więc dalej.

Jednak już nie tak beztrosko. Ostrożniej na zakrętach. Peleton się rozerwał i znów zostałem w grupie goniącej. Licznik nastawiony na odliczanie w dół wskazuje, że do mety około 25 km. Znów organizuję pogoń, ale jakoś chęci pośród goniących mniej. Przebujałem się z nimi jeszcze 3 kilometry i czując, że dam radę… uciekłem. Po cichu liczyłem, że ktoś „rzuci się” za mną, by kolejny raz gonić oddalającą się grupę. Liczyłem też na zebranie po drodze „spadających z koła” pierwszej grupy.
Jednak ani nikt się nie rzucił, ani mijani przeze mnie nie kwapili się do współpracy (mówili, że już nie dojadą, że przeliczyli się itp.)
Tak więc pomyślałem, że to będzie taki trening przed zawodami triathlonowymi Czechman. Trening jazdy indywidualnej na czas. Położyłem się na kierownicy i starałem się utrzymać prędkość w okolicy 38-39 km/h. Prawie cały czas miałem w zasięgu wzroku „grupę trzymającą władzę” 😀

Około 6 km przed metą zobaczyłem, że gdzieś z tyłu majaczy jakaś grupka kilku osób, która w końcu zmobilizowała się  do „skasowania” uciekającego. Szybko w głowie przeliczyłem, że nie oddam skóry tanio i musieliby sporo szybciej jechać, żeby w te kilka kilometrów mnie dojść. Motywacja moja wzrosła, gdy zobaczyłem, że zbliżam się do grupy którą gonię. Okazało się później z rozmów z Michałem, że to nie ja jestem taki szybki, lecz czołowy peleton postanowił zrobić sobie chwilę przed metą wycieczkę krajoznawczo-turystyczną.

Spokojnie samotnie wjechałem na metę, grupie goniącej zabrakło kilkudziesięciu sekund. Zastanawiałem się czy warto było dla tych dwudziestu sekund samemu jechać przez 20km. Uznałem, że warto. Po pierwsze nie jest pewne czy ktoś znalazłby chęci na pogoń za uciekającym głównym peletonem, a to mogłoby zrodzić jeszcze większą różnicę czasową. Po drugie ciekawy trening przed zawodami triathlonowymi w formule „non-draft” (średni i długi dystans). Po ostatnie 🙂 jadąc sam byłem mniej zależny od upadków innych.

Ostatecznie zostałem sklasyfikowany na 37 pozycji (8 w mojej kategorii wiekowej) z czasem 01:55:36 oraz średnią prędkością 38.92 km/h.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Mariusz Świątczak i otagowano jako , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius