slow cooker

żeby nie poprzestawać na owocach jesieni i móc coś ciepłego do brzucha wrzucić, wypełniłam misję zapowiadaną w czerwcu: http://www.rat.prw.pl/slow-cook-vs-fast-life/.

 pędząc po wirtualnych szlakach w poszukiwaniu właściwego urządzenia, udało się napotkać na poniższy produkt, który w dobrej cenie i darmowej ekspresowej dostawie trafił  do miejsca docelowego: mojej kuchni!

pierwotny plan podboju rynku małych urządzeń AGD poprzez nabycie kontenera takich wolnowarów spełzł na niczym z prozaicznej przyczyny, i.e. braku dostępnych środków na koncie funtowym, bo jednak import w wysp musiał nastąpić, jak było zapowiadane. ponadto, brak znajomości tegoż sektora z podziałem na producentów, modele i możliwości sprawił, że chęć zaeksperymentowania i przetestowania produktu w ilości sztuk 2 przeważyła nad wizjami milionowych zysków zdobytych dzięki wolnokuchni panoszącej się w naszym kraju. Jedna kuchareczka w mojej osobie testuje jeden gar, a druga kuchareczka w osobie Przyjaciółki testuje drugi gar, każda w swojej kuchni, ze swoją wyobraźnią i ze swoją ODWAGĄ. gotowość do podejmowania ryzyka na pewno popłaci.

głodne brzuchy w moim domu miały już szansę DELEKTOWAĆ się gulaszem [którego wyszło takie morze, że przez kilka dni jedliśmy i jeszcze dwie babcie nakarmiliśmy], rosołem, a także duszoną wołowiną. Gulasz – inaugurator urządzenia – robił się 4-5 h i spiesznie wróciłam z pracy, by sprawdzić, czy dom nie płonie, bo w końcu urządzenie elektryczne włączone bez opieki dorosłych [ale przecież pralkę, suszarkę, czy zmywarkę też zostawiam bez nadzoru…]. Zupa ze slow-cookera jest niewspółmiernie zdrowsza niż tradycyjna, jako że obróbka termiczna zabijająca całe życie w tradycyjnym gotowaniu, w slow-cookerze – który dopuszcza dużo niższą temperaturę [właśnie usiłuję zgłębić, jaką konkretnie?] – warzywa i mięso duszą się wolno we własnym sosie i całe zdrowie, które chcemy z nich wziąć, wciąż w nich jest. Rosół był smakowy, a warzywa po 7 godzinach – twarde. Wołowina udusiła się sprawnie, mimo mojej podejrzliwości, dostarczyła nam sporo energii na dwa dni.

Dziś wspięłam się na wyżyny sztuki kulinarnej i do wspomnianej wołowiny, naszpikowanej przecież na wskroś żelazem, dorobiłam KOPYTKA. To naprawdę wyczyn dla mnie… nawet wyszły, nawet były smaczne, szkoda tylko, że Sonia stwierdziła, że nie smakuje jej to, co jest w środku 😉 w środku nic nie było i to jej nie smakowało… zabrakło wsadu – najlepiej obrzydliwie słodkiego…

English faithful translation:

yum yum. stew [though not Irish, I’m afraid], chicken soup, beef. I am such a slow cook!

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (4)

  1. Opublikowano 5 października 2012 at 09:40 | Permalink

    teraz jest bar SZCZUR (ang. RAT)

  2. Olga Reading
    Opublikowano 4 października 2012 at 22:47 | Permalink

    Slow cooking changes lives… Gratuluje nabytku!

  3. Ania
    Opublikowano 4 października 2012 at 17:53 | Permalink

    danie wygląda tak jak niegdyś podawano w sławetnym barze mewa:)

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 5 października 2012 at 12:40 | Permalink

      no wiem, że NIE wygląda, ale smakuje!!

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius