Struś pędziwiatr – Klagenfurt 2013 Ironman

Doczekałem się… przede mną chodnik wyłożony dywanem. Może nie był to czerwony dywan ale za to stąpałem po logo Ironman. Tak właśnie wyglądał dobieg do T1. Nie było mowy o skaleczeniach, nie było mowy o braku komfortu – jeśli można mówić o komforcie po ukończeniu prawie4 kmpływania i biegnąc w piance.

 

Worek który dzień wcześniej tak skrupulatnie pakowałem udało mi się znaleźć bez problemu. W namiocie szybko zlokalizowałem wolne miejsce, wysypałem zawartość worka i zapoczątkowałem tok myślowy…Kurtka odpada, ocieplacze odpadają, wazelina – może się przyda, dętka – a niech tam sobie będzie ( miałem już 2 przy rowerze), kask na głowę, buty na nogi, numer na plecy, okularki na oczy – jestem gotowy. Nie tak szybko, pozostało jeszcze wrzucenie pianki do worka i pozbieranie pozostałości – w końcu nikt za mnie tego nie zrobi. Wolontariusze odebrali spakowany worek, a ja biegusiem do rowerku.

Biegusiem, biegusiem ale z małym pit-stopem w toi-toi – była to versja deLux o zapachu lawendy.

Nie jedno ćwiczyliśmy na treningach, wiedziałem jednak, że początek będzie szybki. Dlatego postanowiłem stracić te kilkanaście sekund teraz niż potem nie wykorzystać wszystkich zjazdów w 110% – jak potem się okazało była to bardzo dobra decyzja.

Chwile przed startem trapiło nas pytanie – biegniemy w butach czy z butami w ręku i zakładamy je przy rowerze. Problem niby nijaki – jednak dla osoby która musi przebiec do swojego roweru około 300-400m staje się to nie lada wyzwaniem. A dodatkowo wzrasta ryzyko uszkodzenia bloków.

Postanowiłem założyć buty, i stylem oszczędzania bloków – czyli na pięcie – podreptać do mojej machiny czasu roweru – wspaniałego czasowego Felt-a, którego udostępniło mi Dolnośląskie Centrum Rowerowe

W strefie panował niesamowity spokój, mimo że wszyscy przemieszczali się bardzo zorganizowanie i szybko to strefa wydawała się bardzo senna. Fala hałasu uderzyła mnie zaraz po przekroczeniu bramek.300 metrówdo startu była „beczka” przy której zebrały się tłumy kibiców – tutaj po prostu nie dało się wolno jechać.

 

Kilka minut później kolejna (tylko w pierwszej rundzie) „beczka” i można ruszać na pierwszą pętle. Na mijance zauważyłem Olimpie która była za mną nie całe 3 minuty.

 

No to jedziemy.

Zaczęło się pięknymi i szybkimi zjazdami, pierwsze 20km to ciasne przeciskanie się między innymi zawodnikami. Sędziowie zwracali uwagę jednak na starcie ciężko było pilnować 10 metrowej odległości narzuconej przez przepisy. Jednak jeśli ktoś perfidnie przez dłuższą chwilę jechał na kole… nie było ostrzeżenia – kartka wędrowała w jego stronę.

 

Cała trasa usiana była grupkami, grupami, oraz tabunami kibiców. Każde bardziej ciekawe miejsce słychać było już z daleka. Olbrzymie dzwony, orkiestry i krzyk był jak zakazany doping, prędkość rosła, tętno skakało i człowiek pędził przed siebie. Bardzo łatwo można było dać się ponieść – dlatego co kilkanaście sekund spoglądałem na zegarek – szczególnie na podjazdach.

 

Jadło, jadło i zdechło.

Tymi słowami mogę opisać to co się stało. Złapałem gumę, a raczej moja opona zaprzyjaźniał się z kawałkiem stalowej linki.

Zaryzykowałem, nie zdejmując koła, ściągnąłem oponę w miejscu w którym wystawała z niej linka (nie były to metry linki a mikrometry wyczuwalne pod palcem), znalazłem dziurkę na dętce, przykleiłem zieloną magiczną łatkę, założyłem oponę i użyłem CO2. Wszystko trwało mniej niż minutę.

Mimo tak małej straty czasu nie byłem w stanie złapać rytmu…prędkość średnia spadała. Spadła do tego stopnia że na początku drugiego okrążenia minął mnie Wojtek.

Wojtek… Co on tu robi. Wierzyłem w jego możliwości ale tym nie zaskoczył.

Drugie kółko pojechałem znacznie wolniej niż pierwsze. Z perspektywy czasu wiem, że była to bardzo dobra decyzja – wtedy walczyłem ze swoją głową aby się do tego przekonać.

(Opis podjazdów znajdziecie w blogu Olimpi – ja nie potrafię tego tak pięknie )

 

Wysokie budynki, piękny stadion i tłumy ludzi zwiastowały zbliżający się koniec drugiej konkurencji. Chwilę później słyszę gwizdek, widzę białą linię i zeskakuję z roweru. Zaczyna się T2.

 

 

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Michał Wojtyło. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (4)

  1. Kdarek
    Opublikowano 17 lipca 2013 at 09:09 | Permalink

    Michał, nadwyrężasz moją cierpliwość. Nie mogę się już doczekać końca relacji, a więc „z góry” gratuluję świetnego wyniku. Bardzo mi się spodobał sposób naprawy dętki. Dużo ryzykowałeś. A gdyby tak była jeszcze jedna dziura? A powiedz ile miałeś naboi?

    • Michał
      Opublikowano 17 lipca 2013 at 09:24 | Permalink

      Przezorny zawsze zabezpieczony – 3 naboje i zwykła pompka – miałem z sobą prawie cały sprzęt naprawczy… mało brakowało i musiałbym przyczepkę ciągnąć

    • Maciej Garncarek Maciej
      Opublikowano 17 lipca 2013 at 12:29 | Permalink

      Ja pomny swoich licznych gum, miałem też trzy naboje, dwie dętki i oczywiście pompkę :). no i tym razem nic nie naprawiałem !

  2. Opublikowano 16 lipca 2013 at 11:37 | Permalink

    świetna relacja 🙂 gratuluję wytrwałości

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius