szara codzienność

czy ona taka szara?

bo oprócz treningów, trzeba przecież pracować, zająć się domem, zmotywować dziecię do odrabiania lekcji, pójść na wywiadówkę, odwiedzić liczną rodzinę, wspomóc mamę w zdrowotnych perypetiach, które zdominowały ostatnie tygodnie, zaplanować i zorganizować wyjazd firmowy na targi do Frankfurtu, zawieźć córkę na balet, nauczyć się kilku wierszyków i piosenek na okoliczność zbliżających się uroczystości babciowo-dziadkowych, zorganizować akcesoria plastyczno-techniczne na zajęcia szkolne, zmobilizować syna do czytania lektury, kupić bilety tramwajowe na wyjście do ZOO [z tymi biletami MPK to naprawdę niełatwa sprawa]… no i jeszcze umyć się trzeba, włosy umyć i pranie zrobić…

pomiędzy jednym treningiem a drugiem, rozważam, czym jest czasownik i ćwiczę ortografię z zakresu drugiej klasy szkoły podstawowej. w ramach aktywnej walki z edukacją systemową, syn z częstotliwością godną wygłodniałego wieloryba błaga o kolejny posiłek. a lodówka zwykle świeci pustkami – przynajmniej jawi się na czystszą –  a zrobić zakupów nie ma komu… choć ostatnio zmobilizowałam się i spędziłam kilka godzin [z przerwami na trening i pracę] na e-zakupach… doprawdy słaby to sukces, kiedy szybkie i praktyczne rozwiązanie zajmuje tyle czasu, aczkolwiek podjęłam decyzję, że miało to sens! ogrom poczynionych zakupów musiał skutkować zauważalną ilością czasu poświęconą tejże czynności. zdecydowałam, że skoro ta lodówka ciągle taka pusta, trzeba ją zapełnić na najbliższe kilka miesięcy, żeby dociągnąć do Klagenfurtu. dobrze, że ulubioną potrawą syna, wygłodniałego wieloryba, jest makaron z pesto. makaron zawsze jest. pesto najczęściej. bo czasem wygłodniały wieloryb pochłonie również i słoik i wtedy w pustej lodówce nie ma nawet pesto.

planując wizytę u fryzjera [!!!! czyżby??? ktoś TU oszalał??? dobra: jest pretekst obiektywny: targi!], ustaliwszy termin po ponad półtorarocznej przerwie w korzystaniu z usług, najzwyczajniej w świecie zapomniałam o semestralnym KONCERCIE córki, do którego przygotowywała się od miesiąca a odbywającym się w terminie wspomnianej wizyty u fryzjera… ból… moje skrzętne planowanie każdej minuty, synchronizacja trzech kalendarzy [ścienny rodzinny, książkowy rodzinny oraz elektroniczny rodzinny] nieco się sypnęła – jak widać – i trzeba było wyplątywać się z błędów planistycznych. priorytety… hmmm. wizyta przełożona, koncert pięknie zaliczony 😉 córka zagrała. rodzice dumni.

ale jest KOLOROWO!! piękne te odcienie szarości!!

.

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (5)

  1. Opublikowano 28 stycznia 2013 at 09:25 | Permalink

    jestes jak Amy Chua tylko wonec siebie, nei dzieci 😀

  2. Ewelina
    Opublikowano 22 stycznia 2013 at 22:43 | Permalink

    To cała prawda… A ja myślałam ze to tylko ja mam problem z pogodzeniem kilkunastu rzeczy i zajęć naraz.. Czuje duże wsparcie po przeczytaniu … Dzięki Kinga … Przynajmniej wiem ze nie jestem sama

    • Kinga Kinga
      Opublikowano 23 stycznia 2013 at 21:07 | Permalink

      ano właśnie, trzeba się mnożyć dzielić i – przede wszystkim – ustalać priorytety…
      a sama na pewno nie jesteś 🙂

  3. Kinga Kinga
    Opublikowano 22 stycznia 2013 at 09:44 | Permalink

    dzięki Agga 🙂 muszę wtłoczyć w syna…

  4. Agga
    Opublikowano 22 stycznia 2013 at 08:34 | Permalink

    to jest właśnie szczęście rodzinne :))

    Z czasów ćwiczenia gramatyki przypomniały mi się 2 wierszyki o czasowniku (Gramatyka na wesoło – polecam):

    – Co robi, co się z nim dzieje? – śpiewa, dnieje..

    – Czasownik jest odmiennym słowem;
    odmienia się on, proszę was,
    przez rodzaj, liczbę i osobę,
    strony, tryby oraz czas.

    niestety inne części mowy pokryła zasłona zapomnienia

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius