Ta ostatnia niedziela – Leszczyńskie perypetie

Maraton w Lesznie stał się jedną z największych imprez kolarskich, w której każdy może poczuć się jak na etapie jednego z prawdziwych Tour-ów.

Wspólny start to olbrzymia dawka emocji i adrenaliny…

Cisza…

 3…2…1…

I nagle otacza Cię dźwięk zapinanych bloków, nerwowo zmienianych przełożeń, aby po chwili słychać było tylko szum opon przy prędkości przeszło50 km/h.

Co chwile z peletony dobiegają typowo polskie przerywniki, które w dosadny sposób informują o zajechaniu drogi lub zbyt mocnym hamowaniu. Takich zachowań  niestety w tak dużej grupie amatorów – bo nimi właśnie jesteśmy – nie da się uniknąć (mówię tu o zajeżdżaniu i hamowaniu a nie przekleństwach, bo te pewnie zdarzają się nawet profesjonalistą). I tak dobrze że nie dochodzi czasem do rękoczynów.

 

W tegorocznym wyścig błogi szum opon został przerwany już po kilkunastu minutach gdy do prowadzących zawodników dobiegł dźwięk pisku opon , polskiego przerywnika a następnie trzasku ram odbijających się od siebie….Odwracam się odruchowo (a to jest jedna z rzeczy której musze się oduczyć, takie odwracanie zagraża osobą jadącym obok, gdyż samoczynnie zmienia się tor jazdy), i widzę, właściwie nic nie widzi bo olbrzymia dotychczas grupa w naturalny sposób została zdziesiątkowana.

Tempo peletonu było na tyle rwane, iż ci którzy sprytnie wykaraskali się z kraksy dojechali nas już po kilku kilometrach.

Leżało dziesięciu, po chwili liczba wzrosła do 20 aby po kolejnych minutach przekroczyć 50 osób – ile w tym prawdy wiedzą tylko Ci którzy tam leżeli.

Na szczęście na40 kmtuż za mną zobaczyłem Olimpie…uf nic jej nie jest. Przeżyła 2 kraksy i jedzie dalej.

Pogoda nie sprzyjała pojedynczym uciekinierą , którzy z uwagi na silny wiatr byli bardzo szybko dochodzeni przez peleton.

Leszczyński podjazd w tym roku minął błyskawicznie. Po jego przejechaniu zastanawiałem się gdzie jest ta druga część podjazdu, na której tak bardzo się męczyłem podczas poprzedniego startu.

Cała zabawa rozpoczęła się dopiero na ostatnich kilometrach po rozjeździe dystansu mini i mega.

 

 

 

 

 

 

 

 

Z zawodnikami z mini stało się coś bardzo dziwnego. Nikt nie chciał prowadzić , nikt nie chciał mnie zmienić, może to nie było by aż tak dziwne bo przez cały wyścig nikt się do tego nie kwapił , jednak zmniejszać prędkość osiągnąłem pułap typowo spacerowy – 25km/h i nadal nic. Miarka się przebrała gdy poczułem poklepanie po plech i słowa :

– Jedź, jedź – Dobrze Ci idzie .

Oj tego było za wiele.

Przy 20km/h dogoniły nas grupy, które wcześniej pozostawiliśmy z tyłu.

Testosteron nie mógł być już dalej trzymany w ryzach , rozpoczęła się psychologiczna gra. Na czele nie było team-ów, byli raczej pojedynczy zawodnicy, którzy skupili się w ponad 50 osobową grupę…Było wiadome że status quo nie będzie trwał długo.

 

I nagle grupa przyspieszyła, cały czub rozpędził się do ponad 50km, ostatni zakręt i już tylko 1km do mety. Teraz nie można było się już oglądać za siebie, trzeba było zając jak najlepszą pozycje, uważać na sąsiadów i wystrzelić jak pocisk.

 

Plan był bardzo dobry, realizacja trochę gorsza.

Wypadek który na ostatnich200 metrachpołożył dwóch kolarzy wybił mnie zupełnie z rytmu. Dźwięk i krzyk odwrócił moją uwagę.

I to był już koniec szans na miejsce medalowe w klasyfikacji  Open, do którego w tym roku straciłem 2 sekundy.

Ostatnie 100m pozwoliło mi wyprzedzić kilka osób, które chwilę wcześniej wskoczyły przede mnie, jednak nie wyprzedziłem wszystkich. Brak doświadczenia na finiszach, zła pozycja i jeszcze kilka błędów przyczyniło się do tych 2 sekund straty. Dzięki temu mam listę rzeczy które muszę poprawić przed kolejnym startem

Taka  jest właśnie ta zabawa : )

 

Czasem jedzie sie200 kmprzez 4,5h a pierwsze miejsce przegrywa się o grubość szprychy.

 

 

Organizator stanął na wysokości zadania

 

Zabezpieczenie dróg i skrzyżowań było wprost fenomenalne. Na całej trasie spotkałem jednego kierowcę, który wyjechał z bramy, jednak gdy tylko zobaczył grupę 100 osób pędzącą na niego szybko zjechał prawie do rowu. Plusów na prawdę jest wiele… dużo więcej niż minusów. Jednak to na minusach trzeba się skupić aby na przyszłość je wyeliminować, dlatego :

 

– Na pierwszych kilometrach peleton powinien być prowadzony przez samochód, ułatwiło by to start i spokojne ustawienie się wszystkich ( chodź start sektorowy był dobrym pomysłem – mimo mojego początkowego oburzenia)

 

– MTB i Szosa w tym samym czasie to nie najlepszy pomysł. Amatorzy na MTB to według mnie zagrożenie dla amatorów na szosach. Począwszy od kierownicy która jest szeroka i ma rogi , skończywszy na hamulcach, które w rowerach MTB w porównaniu do rowerów szosowych są, aż za dobre i potrafią zatrzymać taki rower praktycznie w miejscu, co w peletonie grozi naprawdę poważnymi konsekwencjami.

– Odróżnienie dystansów – numery startowe powinny wskazywać na jakim dystansie jedzie dany kolarz. Po co mega ma gonić ucieczkę z mini i na odwrót.

– Wręczenie pucharów powinno nastąpić w dwóch różnych etapach. Oddzielnie dla mini , oddzielnie dla mega. 3 godzinne oczekiwanie nie należy do przyjemnych.

– Dodatkowe nagrody – tu organizator zapewne sam coś wymyśli : ) kto był do końca ten wie co mam na myśli:)

Mimo tej porcji, mam nadzieje, konstruktywnych uwag, Maraton Leszczyński będę uważał za jedna z najlepszych imprez w jakich brałem udział.

Panie i Panowie z Leszna – aby tak dalej. A już za rok będziecie musieli wprowadzać limity startowe 🙂

 

 PS

Trenera należy słuchać 🙂

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Michał Wojtyło. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius