W marcu…jak w garcu

W marcu jak w garcu… wszystko buzuje , wrze,  czasem wypływa na powierzchnię wśród bąbelków by potem zanurkować do dna. Ja, jak ta miotana marchewka w kotle, okresowo przy dnie i wtedy myślę by nie  przywrzeć i   przypalić do dna gara, to znów wypływam na powierzchnię  zaczerpnąć powietrza, z euforycznym optymizmem. Takież i moje są stany świadomości, nastroje i nadzieje związane ze startem w IM.

Nurkuje, gdy wciąż nie mogę biegać, bo bez biegania nie ma IM. Wypływam gdy wreszcie wiem co mi jest, no bo to uleczalne, ale potrzebuje czasu i mam nadzieję, że jeszcze zdążę wrócić do formy.

Podtapia mnie zegar z upływającym czasem, ale nadzieja że będzie lepie, jest jak tlen.

Dziś już nie wytrzymałem i wybiegłem, towarzyszył mi sznur aut stojących w korku wzdłuż ul. Borowskiej i zamarznięci ludzie na przystankach.   Biegnąc wsłuchiwałem się we własną nogę czy zacznie boleć. To było tylko 5 km w tempie 5:30 a ja poczułem się szczęśliwy. Znów byłem na powierzchni.

Nie inaczej było gdy trenowałem na nowym rowerze, było ciepło i sucho, a rower leżał jak ulał.  Bez problemu, treningowo poruszałem się ze średnią 32 km przez 2h.

Gorzej było na wspólnym treningu przy 5 stopniach i zimnym porwistym wietrze. Jechaliśmy grupą na rowerach mtb  i śpóźniony Mariusz nie miał żadnych szans by dojść nas samotnie.  Kompletnie zapomniałem o nawadnianiu i w drodze powrotnej, bo komu się chce pić z lodowatego bidonu wśród wszechogarniającego zimna i  dopadła mnie słabizna. Tempo jak na mtb było wysokie bo ponad 30 km/h i gdy Trener począł organizować jazdę na dochodzenie to wymiękłem. Jak się napiłem siły mi wróciły ale  byliśmy już we Wrocławiu.

 

 

 

W niedzielę mieliśmy wybór, rower zewnętrzny, spinning na Trzebnickiej lub własny trenażer. Po sprawdzeniu temperatury na oknie (-1 C) wybrałem trenażer i końcowe wietrzenie pokoju.

Pływanie uzupełniłem o naukę „total imersion” na dodatkowych zajęciach i mocno pracuję nad poprawą stylu i zdaje mi się poprawiłem wyleżenie w wodzie, ale na razie nie widzę bym pływał szybciej. Wciąż rękami przekraczam oś długą organizmu i skośnie wprowadzam dłoń do wody. Mam nadzieja że to kwestia czasu i treningu, a wady da się usunąć.

W jakiś sposób z lekarza stałem się zawodnikiem-pacjentem i zderzenie normalnych doktorów z moimi dolegliwościami i  sportem jest co najmniej frustrujące, gdyż najlepszą diagnoza jaką usłyszałem to PESEL oraz, że wszystko co robimy jest tylko szkodliwe. Ale mogę postawić tezę ,że duża część lekarzy nie ma pojęcia o medycynie sportowej i o prowadzeniu rehabilitacji. Najchętniej wszystko wprowadzano by w bezruch.

 

Nieco zdegustowany zakupiłem fachową książkę. Oczywiście wiem, medycyny z książki się nie nauczę, ale nagle odkryłem, że pewne rzeczy można widzieć inaczej i do tego ze świadomością, tak ważnej potrzeby pacjenta, jaką jest dalsze  uprawianie sportu, a nie rezygnowanie z niego. Autorzy to wybitni specjaliści w tej dziedzinie z krajów klonowego liścia i skaczących kangurów.

 

Ale to już temat, na całkiem inne opowieści. Ogólnie w marcu jak w garcu…

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze

  1. Paweł
    Opublikowano 13 marca 2013 at 15:26 | Permalink

    Od TI dużo fajniejszym podejściem wydaje mi się to z http://www.swimsmooth.com/. Wyraźnie inna „filozofia”, ale wydaje się spójna i nieźle udokumentowana.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius