Wciąż o Ikarach gloszą…

 

 

 

Wpadł mi przed oczy taki oto obraz Petera Breugla przedstawiający upadek Ikara.

Do obrazu Ernest Bryll dopisał wiersz który część z nas jeszcze pamięta;

 

 

 

Wciąż o Ikarach głoszą – choć doleciał Dedal,
jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione
chuda chłopięca noga zadarta do nieba
– znaczyła wszystko. Jakby na obronę
dano nam tyle męstwa, co je ćmy gromadą
skwiercząc u lampy objawiają…

 

16 miesięcy ciężkiej niemal codziennej treningowej pracy.

Ileż to myśli, dywagowania jak będzie, ile to potu i niedospanych nocy zrywanych o poranku by zdążyć poćwiczyć przed normalną pracą.
Przygotowanie do zawodów IM to dla mnie nie tylko wysiłek fizyczny i związany z tym uporczywy trening, którego warunki zwykle były idealne jeśli pominiemy chlorowane baseny ( podobno dobre na uporczywy katar), zapoconą siłownie, oglądanie seriali na trenażerze rowerowym, gdy wszyscy już, albo jeszcze śpią, ścieżkę biegową tonąca w błocie i smagane deszczem zawody.

I ten rower wiosną, na którym z zimna odpadają ci paluszki.
Przygotowania do IM wymogły na mnie nie tylko zmiany życia, które pojmowałem za normę, ale także zmusiły do całkowitej odmiennej filozofii życia.
Za tym poszła zmiana przyzwyczajeń, gospodarowanie aktywnością na równi ze snem i odpoczynkiem, koncentracja i dystans do spraw ważnych i ważniejszych oraz zmiany relacji z bliskimi i ciągła potrzeba ich wsparcia.
Niech nikt kto tego wsparcia nie ma, lub żyje w konflikcie niech się za IM nie bierze bo moim zdaniem polegnie.
Zawsze walczący, zmagający i ścigający mam w sobie gen ryzyka. Starałem się poprawić wynik, wycisnąć coś jeszcze z siebie. Mam na pewno jakieś rezerwy i muszę finiszować jak szalony. Co tam, że boli, że może złamane, ja muszę dalej i szybciej. Gdy więc jesienią staję przed wyborem, czy pracuję i trenuję by osiągnąć wynik czy chcę tylko lub aż dotrzeć do mety. Oczywiści jak pozostała część zespołu postanawiam pracować więcej by osiągnąć wymarzony wynik.
Ta strategia sprawia ,że obciążenia treningowe wzrastają i organizm zaczyna się buntować, łapię wciąż kontuzję , a czasu jest za mało. Muszę rezygnować z siłowni i pracy ze sztangami. Kontuzja biegowa w marcu spada na mnie jak grom powodując porażenie nerwu udowego. Na długo zaprzestaje biegania.
Do sprawności biegowej nie wracam do samego startu. Ostatecznie dostaje od Trenera specjalną technikę biegową na pokonanie maratonu.
Gdy na kilkanaście dni przed startem, wywracam się na rowerze i szlifuje asfalt waląc o ziemie rok wcześniej uszkodzonym barkiem zdaje mi się, że to może być koniec moich marzeń o starcie w IM.
Na szczęście zdjęcia nie ukazują ponownego złamania i już tydzień później sam mogę ubrać skarpetki a także daje radę choć nie bez bólu przepłynąć cokolwiek na basenie.
Jest taki moment, gdy trzy niezależni od siebie ludzie jednego dnia mówią mi, że te kontuzje to są znaki od Boga i powinienem nie startować. Własna Matka załamuje ręce i błaga bym przyrzekł, że już nigdy więcej.
Zadumany sam biję się z myślami, czy ja w mam szansę dotrzeć do mety?

A Ernest Bryll pisał:
– Jeśli
poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać
wybranych brzegów – mijają nas w pieśni.
Tak jak mijają chłopa albo mu się dziwią,
że nie patrzy w Ikary…
Breughel, co osiwiał
pojmując ludzi, oczy im odwracał
od podniebnych dramatów. Wiedział, że nie gapić
trzeba się nam w Ikary, nie upadkiem smucić
– choćby najwyższy…
– A swoje ucapić.
– Czy Dedal, by ratować Ikara, powrócił?
Zachować się jak Dedal, a nawet „Swoje ucapić”, to określenie staje się mottem mojego startu, a myślenie w ten sposób bardzo mnie uspokaja i powoduje że przez cały dystans jak nigdy słucham swojego organizmu. Nic nie może przecież nawalić , ani ja, ani sprzęt.
Strategia na pływanie: uszkodzony prawy bark nie pozwoli na szybkie płynięcie, ale najważniejsze jest znaleźć się w takim miejscu startowej pralki by nikt mnie nie uraził bo wtedy pozostanie już tylko wyjść z wody.
Wybieram maksymalnie możliwy start z prawej strony, zakładając że popłynę blisko pomostu. Gdy pada strzał z armaty czekam aż większość zawodników rzuci się do wody młócąc po sobie, spokojnie ruszam, bardzo szybko osiągając należny rytm i krok pływacki. Draft za kimś odpada. Płynę szerokim łukiem zapewne dokładając znacznie metrów, ale nie biję się z innymi.
Tak też wykonuje nawroty na bojach, na pewno pochłania to czas, ale moje skzydła są z wosku.
Jest też ogromna zaleta bo łatwo nawigować, widzę dużą część ludzkiej ławicy stłoczone jak płotki. Ostatni nawrót na Słońce, po ustaleniu głównego kierunku, nawiguję już spod wody tylko czasem korygując kurs. To wcale nie trudne, wystarczy kontrolować położenie Słońca na domniemanych osiach współrzędnych lub własnej mózgowej tarczy zegarowej i jeśli znajduje się ono np. na godz. 11 i płyniemy tak by wciąż tam się znajdowało to zapewne poruszamy się po prostej. Do płynięcia w ten sposób miałem około 30 min więc ruch Słońca można pominąć i wystarczy okresowa kontrola z wyjmowaniem głowy nad wodę. Sprawdziło się i tym razem.

 

 

 

 

 

 

Do słynnego kanału o długości 1100 m wpłynąłem w umiarkowanym ścisku, ale tu już nie sposób ominąć kopnięć i łokci. Dotykam brzegu i poprawiam zalane okulary. Odbijam się od i łapią mnie potężne skurcze w obie łydki, złe myśli bo nie czułem zmęczenia nóg, chwila i odpuszcza, zostało 200 m. Dopływam do samego podestu, omijając grzęźnięcie w mule, ale czuje w ustach roślinki z dna kanału.
Po wyjściu z wpadam w ręce własnej córki którą udało się uczynić na tych zawodach woluntariuszką w celu podania mi okularów. Stoczyliśmy bój o taką możliwość i mimo początkowych niepowodzeń, uzyskujemy zgodę. Od wyjścia z wody do roweru jest 600 m i trudno sobie wyobrazić ten bieg w okularkach do pływania lub na ślepo stąd zgoda. Pływanie zajęło mi 1h20 min. Ramię boli umiarkowanie ale najważniejsze że pierwszy etap za mną.
Strefa zmian jak boisko, ale mój worek blisko namiotu, chwila dekoncentracji i mam w rękach nie swój choć go osobno oznakowałem czerwoną tasiemką, dobrze że zaglądnąłem.
Pakuję zapasowe okulary do kieszonki na plecach, ląduję też tam bułka z dżemem taka co ma uratować z największej „zamuły”, w ręku mam buty i biegnę wokół tego stadionu w skarpetkach. Na rękach rękawiczki i chłodzące rękawki.

 

Zakładam buty przed belką i wybiegam ze strefy, robi się ciepło. Kontrola zegara, jizes jak długo byłem w strefie…
Wskakuje na rower. Wszystko dobrze oznakowane, nigdzie nie błądzisz, trasa nie budzi wątpliwości. Ruszam ze stałą prędkością wciąż kontrolując tętno.
Trasa rowerowa jest mi prawie w całości znana z objazdu, ale i tak trudno się na niej oszacować. Staram się pilnować pojenia na czas, a w zasadzie wciąż popijam z bidonu umieszczonego na kierownicy.

Jadę wśród swojej kategorii wiekowej co poznaje to po numerach. Spotykam też Polaków, niewiele rozmawiamy bo sędziowie wciąż przemykają pilnując na motorach. Trasa szybka, ale nie ryzykuję marząc by choć na tych zawodach nie złapać gumy. Większość zawodników mijam, część jedzie bardzo niebezpiecznie środkiem blokując wyprzedzanie i zmuszjąc do zjeżdżania na przeciwny pas ruchu, gdyż wyprzedzanie po prawej jest zabronione. Szczególnie jeden Italiano utkwił mi w pamięci, jechał tak jakby w ogóle sam był na tych zawodach.

 

 

 

 

Podjazdy na miękko i kontrola tętna i tak większość mijam a na główną przełęcz nie jest lekko ale doping wspaniały. O publiczności można by pisać niekończące się peany. Całe wsie uczyniły sobie święto z naszego przejazdu, ludzie dodają nam tyle energii klaszcząc, kołatając krzycząc do nas po imieniu. A Polacy i w tym nasze rodziny to już całkiem inna bajka, przez chwilę jak ich widzę mam łzy w oczach. Dawka pozytywnej energii jest ogromna i sił natychmiast przybywa, tym bardziej że stoją na największym podjeździe.
Na początku drugiej pętli mijam Tomka i gdzieś na zakładkach widzę Marcina i Olimpię.

Pojawia się problem toalety, widzę że część zawodników się zatrzymuje, ale to strata czasu i potężne wybicie z rytmu. W sumie podczas jazdy korzystam z różnych metod. Nabytej podczas Czechmana umiejętności sikania w trakcie jazdy, innym razem zatrzymuję się na poboczu, a najgorszą metodą okazuje się dojechanie do strefy zmian i szukanie toytoa, bo właśnie wtedy okazuje się, że wszystkie są zajętę co doprowadza mnie do rozpaczy i biegania od jednego do drugiego.

Na dwadzieścia km przed końcem etapu zwalniam nieco, zwiększam kadencje pedałowania i staram się odpocząć. Widzę że większość zawodników przyspiesza, trudno niech mnie mijają.

Strefa zmian przebiega gładko poza przygodą z toaletą do której nie sposób się dostać.
Trasa biegowa tu początkowo kluczenie wśród tasiemek i płotków. Zaczynam spokojnie i zaczynam realizować najtrudniejsze zadanie, myśląc w duchu: wrzuć na luz za tobą już 184 km zostało tylko 42, więc spoko. Taktyka na bieg wynikała z odniesionych kontuzji i zakładała odcinki wydajnego 5 km biegu pomiędzy pkt żywnościowymi przeplatane marszem.

Zakładałem średnie tempo około 6min na km i taki przebieg utrzymuję niemal przez 21 km. Żar leje się z nieba, lód ląduje pod czapkę, mokre gąbki na kark i głowę i jakoś idzie. W ostatnich słowach przed startem koledzy słyszą od Trenera, że najgorsze co można zrobić, to się zatrzymać podczas maratonu ,bo potem nie sposób ruszyć do biegu, wszystko Ci mówi odpocznij, a ja ćwiczę to, co pkt żywieniowy i powiem jest to autentyczna udręka.

 

 

 

Widuję swoich z drużyny; Michał biegnie drugą pętle ale wygląda średnio, zaskakuje Marcin bo jest niedaleko za Michałem, Wojtek blady jak ściana, Ola skoncentrowana z wzrokiem do przodu , nawet nie wiem czy mnie dostrzega.

Z Kingą i Krystianem mijam się kilkukrotnie.

Kinga  wyraźnie się  przegrzewa, a Krystian po prostu cierpi jak się dowiaduję boli go noga. Tomek jest kilkanaście minut za mną.

 

 

 

Odzywają się moje dolegliwości, muszę zwolnić bo „trzeszczę na przyczepach” i przechodzę do szybkiego chodu. Tu przydaje się doświadczenie w bieganiu na nartach klasykiem. Ten chód jest dość wydajny gdyż tempo jak się okazuje to 7min/km.

Mijają mnie biegnący, by po chwili się zatrzymywać i ledwie iść, wtedy ja ich mijam, zrywają się do biegu i po chwili sytuacja się powtarza. Ten szybki chód podoba się publiczności, bija mi brawo. Analiza czasu i ustalam, że powinienem zmieścić się w 13 godzinach. Koncentruję się na połykaniu dystansu i utrzymaniu tempa.

Po wyjściu z klagenfurckiego rynku mijam biegnącego Tomka. Mam już niewielką przewagę Mój garmin traci kontakt z pulsem i na dwa kilometry przed metą zaczynam znów biec. To już naprawdę udręka i gdy wdaje się że niedaleko do mety może 200 m, słyszę od kibicujących po polsku żebym wytrzymał bo zostało już tylko 2km.

To niemożliwe myślę, widziałem słupek 42 km, czyżbym miał zwidy?

Dobiegam do jeziora, skręt w lewo i poznaje, jest już blisko. Szybka poprawa wyglądu zewnętrznego bo na końcu prostej robią zdjęcia. Zapinam koszulkę, gacie i numer lądują na właściwe miejsce, a czapka trafia w dłoń.

Może dziwić ,że o tym piszę ale finiszując wcześniej, byłem zdegustowany swoim wyglądem z mety.
Teraz musi być lepiej i czuje się taki szczęśliwy, śmieje się od ucha do ucha, jestem Finisherem.

Jeszcze jeden zakręt w lewo i widać metę i tłumy ludzi, sprawdzam czy jestem sam by usłyszeć własne „You are Ironman” i wpadam w objęcia bliskich, którzy razem ze mną przebiegają przez linię mety.

Nie mogło być piękniej. Jak One to zrobiły, że tu weszły?

 

 

 

 

 

 

 

Chwila to magiczna, jedyna i choć chwilami podczas przygotowań wszystko wisiało na przysłowiowym włosku, szczęśliwie docieramy do mety. Wreszcie mogę się zatrzymać… Dają mi medal, a ktoś z woluntariuszy mówiący po polsku obdarza mnie bezalkoholowym piwem.

 

 

Dedal doleciał… w 12:51:54

Będzie dalej…

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Maciej Garncarek. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (2)

  1. Maciej Garncarek Maciej
    Opublikowano 25 lipca 2013 at 13:09 | Permalink

    Drogi Darku. A nie od Ciebie mam sms przed startem, o tym bym zważając na swoje możliwości rozsądnie dotarł na metę?Wziąłem sobie wszystkie rady do serca za co dziękuję. Co do poezji to zawsze lubiłem i uważam dalej…ot tak

  2. Kdarek
    Opublikowano 25 lipca 2013 at 11:02 | Permalink

    Cześć, a skąd ten melancholijny nastrój. Przed następnym startem przywołuj coś bardziej energetycznego. Ja na podobne frasunki mam jeden z kawałków ACDC, który zawsze działa. Ale widać, że twój organizm się nie zbuntował i było super. Jeszcze raz gratuluję, a końcówkę widziałem w TV.
    Aha, widziałem na liście, że biegniemy razem Berlin, już się cieszę.

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius