Z pamiętnika biegowego neofity czyli Moja droga do pólmaratonu (2)

Część pierwszą Mojej drogi do półmaratonu znajdziecie tu.

Czwartek, 23.30, pierwsze długie wybieganie

Biegnę, noga za nogą, noga za nogą. Światło czołówki wycina tunel przez ciemność. Ile już minęło? 15 minut. Jeszcze półtorej godziny, noga za nogą, noga za nogą. Nie jest źle, oddech regularny, nogi sprężyste, tylko ciemno i jakoś nudno. I zimno. Para z ust osiada na okularach, a pod bluzę wkrada się nieprzyjemny dreszcz. Nie spotykam nikogo, no ale kto normalny biega o północy po krzakach nad Odrą? Ciekawe co będzie za godzinę, wytrzymam? Pewnie że wytrzymam, żeby się tylko nie okazało, ze za krótką drogę wybrałem, bo będę musiał robić kółka wokół domu. Noga za nogą, noga za nogą. Pogrążam się w myślach, miarowy tupot butów jakby przycicha. Zastanawiam się co napisać na bloga, gdzie kupić nowy czepek,  zapominam, że biegnę. Ból w lewym udzie ściąga mnie na ziemię. Minęła godzina, no to teraz będzie już z górki. W ciemności wypatruję punktów orientacyjnych, dzielę trasę na odcinki – do tego muru, do kładki, potem zakręt, most i już prawie będę w domu. Noga za nogą, noga za nogą. Już półtorej godziny? Musze przyspieszyć, bo nie zdążę wrócić do domu w wyznaczonym czasie. OK, szybciej też mogę biec, daję radę! Aj, aj, chyba jednak nie, nogi sztywnieją. Ile jeszcze? 5 minut. No nie, przecież nie będę szedł – biegnij chłopie! Biegnę, jakoś pokracznie, na sztywnych nogach ale biegnę. W końcu jest, 1 godzina 45 minut ciągłego biegu. Wreszcie mogę się zatrzymać, ale schylić się już nie mogę. Jestem sztywny, obolały, nogi mam jak dwa ciężkie kloce. Kuśtykając wracam do domu. Jak tak to będzie wyglądać to chyba się nie uda…

Niedziela, 9.30, rozmowa z Trenerem

– Darku, chyba za ciężki jest ten program dla mnie,  jakiś wypalony jestem, nogi mam ociężałe – mówię, bo plan wykonywałem sumiennie, co stanowiło wzrost obciążeń biegowych o jakieś 500%.
– Tak ma być i tak będzie prawie do końca, trzymaj się planu. – Hmm, to chyba zamyka wszelką dyskusję.

Poniedziałek, 22.00, pierwsze 2-godzinne wybieganie

Znowu ciemno, ale cieplej niż ostatnio. Żeby tylko nie skończyło się tak jak w czwartek. Zaczynam spokojnie, mam to tylko przebiec. Muzyczka gra, nogi tupią. Wybrałem bardziej oświetlona trasę, więc nie jest tak nudno. Po godzinie pojawia się znajomy ból w udzie, ale już go znam, już mnie tak nie zaskoczy. Nogi bolą, ale biegnie się dobrze. Zaraz nawrot i zacznę biec z powrotem. Mogłem zabrać coś do picia, ale zaraz, ile to już czasu? 1g. 45min, no to zaraz będę w domu. Jeszcze tylko długa prosta i w końcu jest, 2 godziny przebiegnięte! Nogi zmęczone, ale jest DUŻO lepiej niż ostatnio – chyba jednak polubię to bieganie.

Środa, 6.00, „szybki” trening godzinny

Nie lubię tak wcześnie wstawać. Banan nie chce dać się przełknąć, buty gdzieś się zapodziały i w ogóle jest słabo. W końcu wychodzę na ulicę. Szaro. szare niebo, szary kamienice, szary asfalt. Ja tez czuję się szary. To już chyba wolę biegać po ciemku. Staram się biec szybciej niż zwykle, ale nogi jakoś nie chcą współpracować. Mój organizm dobitnie pokazuje mi, że wolałby jeszcze poleżeć w ciepłym łóżku, zamiast wydeptywać wrocławskie bruki i chodniki. O 7.00 dobiegam do biura. Jaki piękny początek dnia, k… .

Piątek, 20.00, kolejne 2-godzinne wybieganie

Wybieram znana trasę. Dzisiaj jest jakoś lepiej. Zaczynam spokojnie, ale czuję, ze będzie dobrze. Po godzinie przyspieszam i łapie równy rytm. Biegnie się naprawdę dobrze, szybko i równo. Po półtorej godzinie pojawiają się bóle kolan, ale nie zwalniam, dam radę. W końcu zegarek pokazuje 02:00, a GPS? 19,8km!!! Toż to prawi półmaraton! Wracam do domu z bananem na ustach, i tym razem nie mówię o jedzeniu.

Wtorek, 9.00, ostatni długi trening przed startem

Dzisiaj raptem 1 godzina 45 minut. Nic wielkiego, już się przyzwyczaiłem. Poza tym wczoraj świetnie mi się biegało – 2 jednostki w tempie startowym, wszystko zgodnie z założeniami, z dobra prędkością. Dzisiaj pozostaje mi tylko obiec Wielką Wyspę i praktycznie odpoczywać aż do dnia startu. Pierwszy raz biegnę w pełnym słońcu, jest ciepło i praktycznie nie ma wiatru. Niby przyjemnie, ale jakoś ciężko. Mijam Jaz Opatowicki i czuję, że zaczyna mi brakować energii. To nic, zaraz poczuję się lepiej. Oj, chyba jednak nie, ktoś wyłączył prąd. Ile jeszcze? – 45min. – Ile? No dobra, jakoś się doczłapiemy. Zwalniam, ale wcale nie jest lepiej. Muszę skrócić trasę, nie mam już sił wybiegać wyznaczonego czasu, chcę tylko wrócić do domu. Gdy tam docieram, zegarek pokazuje 1:35:00, ale ja nie mam nawet siły żeby wejść po schodach.

Sobota, 17:00, dzień przed startem

Cztery dni wolnego, przeplatane tylko lekkim rozruchem biegowym oraz zajęciami na basenie. W nogach jest moc. Są jeszcze delikatnie obolałe po przejściach z Planem Ratunkowym Trenera Sidora, ale podczas rozruchu same wyrywają się do biegu. Ja też bardzo ciesze się na nadchodzący start. Wiem, ze dobrze przepracowałem ostatnie trzy tygodnie:) i że planowane 2:00:00 są w moim zasięgu. Darek co prawda stopuje moje zapędy i karze mi zacząć wolno, o wiele wolniej niż sobie założyłem, ale postaram się tak rozłożyć siły, żeby zrealizować plan. Warszawo – nadchodzę!!!

CDN.

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Reddit
  • Tumblr
Ten wpis umieszczono w kategorii Wojciech Górecki. Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.
RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Grupa Triathlonowa GT RAT
Sportslab
Interferie
Olimpius